sobota, 13 września 2014

Rozdział 49


*Jackie*

Weszłam z impetem do pokoju nauczycielskiego trzaskając na sobą drzwiami. Gwałtownie usiadłam na krześle przy stole i oparłam głowę na dłoniach. Z tego wszystkiego chciało mi się płakać.
Bezsilność i zmęczenie.
Uczucie którego najbardziej nienawidzę. Gregorio to najbardziej denerwujący, egocentryczny i obrzydliwy człowiek w Argentynie. Nie. Na świecie. Z tym czymś nie da się dogadać. Zawsze słyszy to co chce słyszeć. Żadne argumentu do niego nie docierają. I akurat ja muszę z nim pracować? Jest tulu innych ludzi i akurat ja? Ja mam 24 na dobę mieć potargane nerwy? Co to, to nie. Zawsze po kłótni z nim, bo rozmową tego nie da się nazwać, czułam w klatce piersiowej nieprzyjemne mrowienie. Prosiłam Antonia miliony razy by coś z nim zrobił a on tylko potakiwał i usiłował wytłumaczyć, że „Gregorio nie jest taki zły jak się wydaje”. Urocze. Szkoda, że nie prawdziwe. Gdyby z nim chociaż dało się współpracować ale niee… Nie akceptuje żadnych moich kroków tylko robi całą choreografie jakby był jedynym nauczycielem tańca w całym Studiu. W dodatku usilnie próbuje ośmieszyć mnie przed uczniami. Na początku potrafiłam się obronić lecz potem zaczęło mnie to męczyć. Teraz kiedy tylko zaczynam próbować dominować nad Gregorio, szybko kończy się to porażką. Stałam się bezsilna…
-Co się dzieje Jackie? – naprzeciwko mnie usiadł Pablo którego wcześniej najprawdopodobniej nie zauważyłam.
-A jak myślisz? Gregorio nie daje mi żyć. Zaraz po tym jak ty i Tomas wyszliście z klasy on znowu zaczął tą swoją żałosną gadkę.
-Już ci mówiłem, że nim nie należy się przejmować.
-Łatwo powiedzieć. Po kogo stronie ty w ogóle jesteś? Bo z tego co widzę ty i wujek Antonio cały czas bronicie togo imbecyla!
-Nie Jackie. Nie bronimy go. Uwierz, mi też nie raz zalazł za skórę.
-Więc? Skoro tak było to raczej powinieneś stanąć po mojej stronie. Pablo ja już nie wytrzymuje nerwowo! Za niedługo to ja chyba skończę w szpitalu psychiatrycznym! Wiesz ty co? Ja chyba muszę odejść. Da dam rady dłużej!
-Jackie spokojnie. Nie krzycz tak. Wszystko będzie dobrze. Nie musisz odchodzić. Naprawdę… - powiedział ze stoickim spokojem w głosie.
-To śmieszne – zaśmiałam się ironicznie, w stylu Gregorio. – To śmieszne, że tak mówisz. Postaw się na moim miejscu! Jak byś się czuł? – Pablo jednak nic nie odpowiedział. Wstał z krzesła i przeszedł na drugą stronę stołu. Kucnął obok mnie. – Co?
-Jackie… - zaczął z troską w głosie. – Zaufaj mi. Pogadam z nim jeszcze raz. Jeśli nie poskutkuje to coś wymyślę. Obiecuję – po tych słowach objął ręką moje biodro i pocałował mnie. Natychmiastowo to odwzajemniłam. Położyłam ręce na jego ramionach i zatraciłam się w tej cudownej chwili. Brakowało mi tego. Ostatnio Pablo w ogóle nie miał dla mnie czasu.
-Jak słodziutko – usłyszałam nagle aż za dobrze znany mi głos. Odskoczyłam od Pablo jak od ognia. W progu stał Gregorio oparty o framugę odbijając o ziemię swoją nieodłączną piłeczkę.
-Co się stało kochanie? – zapytał Pablo. Mój wzrok powrotem wylądował na nim. Czyżby nie słyszał tego co powiedział Gregorio? Znowu spojrzałam w kierunku drzwi. Ku mojemu zdziwieniu były zamknięte, a Gregorio zniknął. Rozejrzałam się jeszcze raz po pokoju. W środku nikogo nie było oprócz naszej dwójki. – Jackie. Co się dzieje? – patrzył na mnie swoimi misiowatymi oczami. Nie rozumiałam tego co przed chwilą się stało. Spanikowana po prostu przytuliłam się do Pablo.
-Wszystko gra. Kocham cię… - wyszeptałam. To co miało miejsce kilka sekund wcześniej było dziwne. Chyba dostaję jakiejś paranoi.
-Ja ciebie też. Zrobiłbym dla ciebie wszystko. Pamiętaj o tym – odparł.

*Angie*

Dzisiejszego dnia po ukończeniu ostatniej lekcji nie miałam najmniejszej ochoty na powrót do domu. Odkąd nie mieszkam u swojego szwagra wracam po pracy do domu i nudzę się aż do momentu w którym idę spać. Nie należy to do moich ulubionych zajęć więc postanowiłam zostać trochę dłużej w Studio. Stanęłam przed klawiszami i przejechałam po nich dłonią. Na myśl przyszła mi moja niegdyś ulubiona piosenka.

There’s always gonna be another mountain
I’m always gonna wanna make it move
Always gonna be an uphill battle
Sometimes I’ gonna have to Lose
Ain’t about how fast I get there
Ain’t about waht’s waiting on the other side
It’s the climb

Zaśpiewałam, doskonale pamiętając słowa. Akurat ta piosenka opisywała moje teraźniejsze życie. Życie to jedna wielka wspinaczka. Było wiele gorszych momentów ale to już czas aby wyjść na prostą, ogarnąć wszystko i ustatkować się.
W tym momencie przez korytarz przechodził Jeremias. Na jego widok na mojej twarzy zawitał uśmiech. Może to los postawił go na mojej drodze aby pomógł mi być tą nową Angie? Kto wie.
Nagle do głowy wpadły mi całkiem dobre słowa. Cóż… przemianę można również zacząć od napisania piosenki. Czemu nie? Wyjęłam partyturę z melodią którą skomponowałam prawdę mówiąc dosyć dawno bo kilka tygodni przed przyjazdem Violetty i Germana do Buenos Aires. Od tamtego czasu nie pisałam żadnych piosenek a na moje szczęście ta melodia nawet pasowała. Uderzyłam w klawisze próbując połączyć słowa z muzyką.

Ya teraz que algo se enciende de nuevo
Tiene sentido intentar
Cuando estamos juntos!

Czemu nie? Było całkiem dobrze. Teraz zostało tylko napisać całą resztę piosenki.

Zanim się zorientowałam słońce powoli zachodziło a moja piosenka dalej nie była kompletna. Napisałam zaledwie jedną zwrotkę i chórki z których byłam niezwykle dumna. Ten przypływ kreatywności najwyraźniej był przelotny. Najwyraźniej nie było mi dane skończyć dzisiaj tą piosenkę. Spojrzałam na zegarek który wskazywał 19:10. Mimo tego nadal nie miałam ochoty wracać do mieszkania. Postanowiłam jednak udać się tam na chwilę by zjeść kolację a później odwiedzić Violettę. Codziennie widuję ją w Studio to nie to samo co kiedyś. Tęsknię za wieczornymi rozmowami z nią, wspólnymi posiłkami i porannymi spacerami do szkoły. Ze wszystkich osób tęsknie tylko za nią.
Spakowałam swoje rzeczy do torebki i wyszłam na korytarz. Miałam zamiar od razu iść do domu lecz natknęłam się na Jeremiasa.
-Ty jeszcze tutaj? Myślałam, że już dawno poszedłeś – powiedziałam podchodząc bliżej.
-Cóż, miałem iść wcześniej ale Antonio poprosił mnie żebym pomógł mu dziś uregulować rachunki. Skoro potrafię dlaczego miałbym odmówić prawda?
-No tak… przykro mi że musiałeś cały dzień przesiedzieć w pracy. To trochę…
-Dlaczego przykro? – przerwał mi. – Twój śpiew bardzo mi umilił ten czas wiesz? – jego kąciki ust podniosły się w lekkim śmiechu. Mo również nie pozostały bez odpowiedzi. Zawstydziłam się.
-To… to mnie było słuchać? – zapytałam czując jak moją twarz oblewa róż.
-A no owszem. Masz piękny głos. Niepotrzebnie się czerwienisz. Chociaż… słodko tak wyglądasz.
-Dzięki? – ze wszystkich sił starałam się niebyt tak spięta lecz na marne. Jeremias totalnie mnie onieśmielał.
-Nie masz za co dziękować. Mówię samą prawdę. Ale póki co trochę się śpieszę. Muszę tylko wziąć swoje rzeczy i idę.
-A no tak. Ja też już idę. Bye! – machnęłam ręką na pożegnanie kiedy wychodziłam.

*German*

Kiedy Angie wyszła ze Studia pognałem do Sali śpiewu aby wziąć nuty które tam zostawiłem po południu. Jednym machnięciem ręki zebrałem je do kupy i wpakowałem do plecaka. W Studiu zostałem sam więc mogłem w spokoju się przebrać w normalne ubrania. Będąc już w swoich jeansach i niebieskiej koszuli wyszedłem ze Studia z plecakiem na plecach.
Do domu doszedłem nadzwyczaj spokojnie. Aż dziwne. Zwykle po drodze jak na złość spotykałem ludzi ze Studia lub… Jade. W sumie spotkałem ją tylko dwa razy lecz to i tak przerażające. Ględziła coś, że chce do mnie wrócić… albo o butach. Trudną ją zrozumieć. Zawsze jednak pozostawałem bez reakcji. Ignorowałem ją i szedłem dalej a ona mnie zostawiałam po zwykle dwóch przecznicach. Na moje szczęście nigdy nie zauważała plecaka co jest dziwne kiedy tak rzuca się w oczy. Przypuszczam, że dziś miałem spokój dlatego, że zanim doszedłem do domu zapadł zmrok.
Wchodząc do domu rzuciłem plecach cichaczem do gabinetu. Ledwo zdążyłem to zrobić bo z góry zeszła Violetta.
-Hej Violu – przywitałem córkę.
-Cześć tato. Czemu wróciłeś tak późno? Gdzie byłeś? – wypytywała.
-Musiałem załatwić kilka rzeczy za miastem. Jak chcesz to zapytaj Ramallo. On to potwierdzi – skłamałem.
-Tłumaczysz się jak buntowniczy nastolatek – parsknęła śmiechem. – A swoją drogą pytałam Ramallo gdzie jesteś i powiedział, że nie wie.
-Pewnie zapomniał. Następnym razem ja zadzwonię do ciebie i poinformuje, ok?
-Jasne tato. I żebym więcej nie musiała się o ciebie martwić! – powiedziała tonem rodzica co brzmiało co najmniej komicznie.
-Bardzo śmieszne wiesz? A teraz zmykaj na górę spać.
-Tato… to, że jest już ciemno wcale nie oznacza, że jest późno. Jest dopiero po dwudziestej.
-Noo… nie ważne. Idź na górę – powiedziałem. Czasami nie kontroluję samego siebie i znowu zaczynam gadać jak nadopiekuńczy ojciec. Ale w sumie ona jest moją jedną córką. Trudno jest nie uważać na taką.
-Dobrze, już idę Tylko zostawiłam telefon w twoim gabinecie. Wezmę  go i wracam na górę. Ok.?
-Dobra… - kiedy Violetta już podchodziła do drzwi przypomniałem sobie o plecaku. – Nie!
-Co się stało? – spojrzała przerażona.
-Idź na górę. Przyniosę ci telefon.
-Ale…
-Już, już. Na górę. Hop siup po schodkach. Dajesz! – próbowałem jak najszybciej wyprowadzić ją na górę.
-Tak, ja nie mam już pięciu lat. Pójdę sama – uwolniła się od mojego  dotyku i poszła do pokoju. Ja natomiast wręcz pobiegłem do gabinetu zamykając się w środku. Z plecaka wyjąłem nuty i położyłem na chwilę na biurku natomiast plecak wraz z zawartością ukryłem za szafką. Następnie wróciłem do partytur. Otworzyłem szufladę zamykaną na klucz i wrzuciłem tam stos papierów. Już miałem zamykać kiedy zauważyłem partyturę która nie należy do mnie. Przeczytałem słowa piosenki. Szybko sobie przypomniałem skąd je znam. Kiedy pomagałem Antonio z rachunkami słyszałem jak Angie ją śpiewa. Wyjąłem ją na blat po czym zamknąłem szufladę na klucz. Piosenkę Angie wziąłem natomiast do salonu i położyłem na fortepianie. Przysiadłem przy nim i zacząłem wybijać nuty na klawiaturze. Piosenka była piękna… niestety nie cała. W niektórych momentach osobiście naniósłbym małe zmiany lecz musiałem jutro jakoś oddać ją Angie.
Po chwili zadzwonił dzwonek. Przerwałem granie i podszedłem do drzwi. Do dziwne. Kogo diabli niosą o tej porze?
Kiedy otworzyłem drzwi już miałem odpowiedz na moje pytanie. W progu stała Angie. Miała minę jakby miała ochotę kogoś zabić. Czyżby dowiedziała się o Jeremiasie? Ta droga do domu rzeczywiście była zbyt spokojna.

*Angie*

Lekko spięta zadzwoniłam do drzwi domu Castillo. Po chwili otworzył je German. Wydawał się być zaskoczony moją wizytą. Postanowiłam jednak nie przywiązywać do tego zbytniej uwagi.
-Mogę wejść – spytałam.
-T tak. Jasne. Wejdź – odsunął mi się z drogi, a gdy weszłam do środka zamknął za mną drzwi. Ja jednak po wejściu nie zatrzymałam się tylko od razu udałam się do pokoju siostrzenicy.
-Angie – usłyszałam głos Germana w połowie drogi do schodów po czym powoli odwróciłam się w jego kierunku. – Co ty tu robisz o tej porze? – no tak. Mogłam się spodziewać, że „wielkiemu panu” coś nie będzie pasować.
-Przyszłam odwiedzić Violettę – odparłam obojętnie.
-O tej godzinie? Nie sądzisz, że jest troszkę późno?
-Dobrze. Już sobie idę. Przekaż tylko Violetcie, żeby przed lekcję podeszła do mnie bo z tego co
widzę nie mogę na spokojnie z nią porozmawiać – warknęłam i udałam się w stronę wyjścia. Kiedy mijałam Germana on jednak chwycił mnie za ramiona i przyciągnął trochę bliżej siebie tak byśmy stanęli twarzą w twarz. Nic nie mówiłam. Czekałam tylko aż wytłumaczy mi co to ma znaczyć.
-Przepraszam, nie chciałem być niemiły – wydukał. – To twoja siostrzenica. Nie mogę ci zabronić spotykać się z nią.
-Gdybym nie była zabroniłbyś mi? Chociaż nie. Nie odpowiadaj. Nie chcę tego wiedzieć – uwolniłam się od dotyku szwagra i ruszyłam w stronę schodów. Mój wzrok jednak zarejestrował przy fortepianie coś co jest moją własnością. Natychmiastowo zawróciłam i pochwyciłam moją paru turę do dłoni.
-German możesz mi wytłumaczyć co tutaj robi moja partytura?!
_______________________________________________________
I co teraz?!?!??! :oooo 
Wiem kochacie mnie <33
Jednak nie udało mi się napisać rozdziału przez początkiem roku szkolnego ale tak czy siak jest teraz ^^ 
Jak zauważyliście teraz będzie poruszony troszkę wątek "tych dorosłych" (co mnie bardzo cieszy bo o nich lepiej mi się pisze(a głownie Germangie♥)). Tak se myśle... wrócić Hermanszi czy nieee xD 
Dobra nieważne. Nie mówię kiedy rozdział bo i tak nie dotrzymam słowa bla bla bla...kocham was! Ciao! :D ♥

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Rozdział 48


*Leon*

Noc w celi minęła koszmarnie. Ani na chwilę nie zmrużyłem oka. Było tam niezbyt czysto i kompletnie niewygodnie. Miałem do wyboru albo spać na podłodze, albo na mega twardym, dziwnie zdeformowanym łóżku. Z dwojga złego już chyba podłoga była lepsza. Było zimno a do przykrycia miałem co? Koc. Dziurawy i również brudny koc. Niewiadomo ile opryszków pod nim spało. Po dotyku można było wywnioskować, że naprawdę wielu. Był przepocony tak, że nie było nawet mowy o tym, żebym się tym przykrył. Po kilku godzinach zauważyłem, że zaczyna się przejaśniać. Nie wiedziałem dokładnie która godzina. Byłem już zmęczony leżeniem na chłodnej ziemi. Ile jeszcze to wszystko potrwa? A jeżeli sąd skaże mnie na pozbawienie wolności? Skoro ledwo wytrzymuję jedną noc to co będzie jeżeli naprawdę trafię do więzienia? Zresztą byłoby to niesprawiedliwe. Przecież finalnie nic złego nie zrobiłem. Po kolejnej godzinie w areszcie pojawił się jakiś policjant. Nie widziałem go wcześniej. No ale cóż. Przecież niemożliwością jest by w Buenos Aires było tylko dwóch policjantów. Podszedł do mojej celi i ku mojemu zdziwieniu… otworzył ją.
-Panie Verdas, w związku z tym, że nasi detektywi nie znaleźli żadnych powodów dla dalszego przetrzymywania pana w areszcie, jest pan wolny jednak nie może pan wyjeżdżać poza miasto przez najbliższy miesiąc. – wyklepał jakby uczył się tego tekstu na pamięć.
-Aha? – odparłem niepewnie. Wprawdzie to była najlepsza wiadomość w moim życiu ale tak dziwnie to powiedział, że nie byłem w stanie załapać sytuacji.
-Proszę wziąć swoje rzeczy. – dodał.
-Ala ja tutaj nic nie mam. Jak mnie przywlekliście tak tu jestem. – albo mi się wydawało albo ten typek był jakiś niedorozwinięty. Chłopak był mniej więcej w moim wieku, a biorąc to pod uwagę mógł być najwyżej stażystą. Mimo to jego zachowanie był irytująco sztuczne.
-W takim razie proszę za mną. – wskazał w stronę wyjścia do holu po czym poszedł w tym kierunku. Lekko osłupiały poszedłem za nim pozostawiając celę. Jakoś nie będę za nią tęsknił. W holu nic się nie zmieniło od wczoraj. No może dlatego, że była jakoś godzina od świtu na posterunku było mniej policji a mianowicie przy biurku siedział dyżurujący popijając gorącą kawę i zajadając precla a po korytarzach krzątało się dwóch innych. Był też oczywiście pan stażysta który zatrzymał się przy biurku dyżurującego i wziął do ręki jakąś kopertę.
-Proszę bardzo. To zakaz opuszczania miasta. Wszystkie powody i skutki złamania zakazu również są wypisane w środku. Dziękuję, miłego dnia. – powiedział i z grobową twarzą odszedł w kierunku jakiegoś pomieszczenia. I tyle? Mam sobie iść? W filmach zawsze wyglądało to bardziej… emocjonująco. Przeczesałem włosy dłonią, wzruszyłem ramionami i wyszedłem. Na parkingu stały dwa radiowozy i znajomy biały SUV.
-Co ty tu robisz tato? – zapytałem podchodząc do samochodu. – Śledzisz mnie?
-Co ty wygadujesz? Jestem twoim ojcem. Przyjechałem odebrać cię z aresztu. Czy to coś nadzwyczajnego? Wczoraj musiałem się nieźle namęczyć, żeby przekonać tych zbaraniałych policjantów, że nic nie zrobiłeś. – odparł ze spokojem lecz w jego głosie pojawiła się nutka zmartwienia. Było to dziwne, bo on nigdy się mną nie interesował.
-Nieważne. Zapomnij. – wsiadłem do samochodu na miejsce pasażera obok kierowcy i zatrzasnąłem drzwi. – Ale właściwie to co robisz w Buenos Aires? Z tego co wiem miałeś wrócić z Chorwacji za jakiś tydzień.
-Owszem miałem ale sprawy potoczyły się lekko nie po mojej myśli więc wróciłem trochę wcześniej a dokładnie wczoraj po południu. Nie wyobrażasz sobie jaką szopkę odstawiłem na lotnisku kiedy zadzwoniła twoja matka i powiedziała, że zamknęli cię. Chciałem jak najszybciej przyjechać i wyjaśnić całą sprawę ale tam wszystko działo się tak powoli. – zaśmiał się lekko patrząc przed siebie.
-Ty… martwiłeś się o mnie? – wypaliłem. Dlaczego było to dla mnie dziwne? Ojciec nigdy się mną nie interesował. Każda chwila którą mogłem z nim spędzić była dla mnie świętą. Wiecznie wyjeżdżał w interesach. Myślała, że jeżeli będzie mi dawał pieniądze na wszystko co mi się upodoba to wszystko będzie dobrze. Wprawdzie przez krótki okres było mi to nawet na rękę lecz szybko mi przeszło. Zawsze brakowało mi miłości ojca lecz przez te osiemnaście lat zdążyłem się przyzwyczaić. Ale teraz? Co się stało, że tak po prostu wrócił jakby nigdy nic?
-Jasne, że się martwiłem. Przecież jesteś moim synem. – uśmiechnął się i uruchomił silnik samochodu.
-Aha. To fajnie. – zapiąłem pasy i odwróciłem wzrok w okno w drzwiach od mojej strony. Nie wiedziałem co innego odpowiedzieć. To co powiedział było dla mnie ważne. Nigdy bym nie pomyślał, że jemy na mnie zależy. Jednak nie potrafiłem odpowiedzieć. Nie miałem pojęcia co. Nie potrafiłem z nim rozmawiać jak z ojcem. Był dla mnie jakiś obcy.
Cała droga do domu minęła w ciszy. Na początku tata chciał rozluźnić atmosferę żartując lecz wkrótce też się poddał. Wysiadłem z auta i udałem się do kuchni. Byłem szaleńczo głodny więc pochłonąłem talerz kanapek. Następnie wziąłem orzeźwiający prysznic. Jak na złość w tym całym areszcie było mega wilgoć przez co moje włosy się koszmarnie przetłuściły. Nie ukrywam też, że z nerwów wylałem z siebie chyba litry potu. Po kąpieli czułem się jak nowonarodzony. Ubrałem się i poszedłem pieszo do Studia. Mam nadzieję, że nikt się nie dowiedział o tym co stało się wczoraj. To by było trochę niezręczne chodzić do szkoły w której wszyscy patrzę na ciebie z ukosa szeptając  ukradkiem nie tylko o tym co było, a tworząc jeszcze nowsze niestworzone rzeczy. Wszedłem do budynku i pierwsze co zrobiłem to rozejrzałem się. Wszystko było jak dawniej. Nikt nie zwrócił na mnie uwagi. Najprawdopodobniej nic nie wiedzieli. Spokojnie udałem się do swojej szafki gdzie natknąłem się na Gregorio.
-Dzień dobry. – powiedziałem ale on tylko zmierzył mnie podejrzliwym wzrokiem. – Coś nie tak?
-Tak, właściwie tak. Chodź za mną. – odrzekł i poszedł w stronę gabinetu dyrektora. Akurat tam. Zrezygnowany poszedłem za nim. Wszedłem do środka a Gregorio momentalnie wyszedł i zatrzasnął za sobą drzwi. Ta sytuacja była aż nadmiar dziwna. Wzruszyłem ramionami i już miałem nacisnąć klamkę gdy usłyszałem męski głos.
-Leon… - przestraszony odwróciłem się w stronę gabinetu. Skierowany w stronę okna stał Pablo. No tak. Mogłem się domyślić, że Gregorio prowadzi mnie do niego. – Czy mogę wiedzieć co ty tu robisz? – zapytał z grozą powoli odwracając się w moim kierunku.
-Wypuścili mnie z aresztu. Uznali, że nic nie zrobiłem. – odpowiedziałem z uśmiechem.
-Nie. – zaśmiał się lecz nie wesoło. – Pytam co robisz t u t a j. W Studio.
-Jak to co robię. Przyszedłem na lekcję. – odparłem tym razem lekko niepewnie. Bałem się do czego zmierza Pablo.
-Bardzo śmieszne wiesz. Wczoraj cię wyrzuciłem. – po tym nastąpiła chwilą ciszy.
-Ale, ale Pablo. To musi być…
-Pomyłka? Oj nie mój drogi. Dobrze pamiętam co powiedziałem. I to w dodatku po tym co zrobiłeś. Zabierz swoje rzeczy i opuść Studio. – odrzekł i usiadł przy biurku. Nie miałem już sił by się bronić. Wróciłem do swojej szafki i zacząłem ją opróżniać. Nie było w niej jakoś dużo rzeczy. Głównie były to nuty do różnych piosenek a oprócz nich jeszcze strój na zajęcia taneczne, stroik do gitary i kapodaster oraz różne zdęcia które wisiały po wewnętrznej stronie szafki. Większość z nich to były zdjęcia z przyjaciółmi. Ostatnio dowiesiłem sporo z Larą. Kiedy nam się razem nudziło często robiliśmy zdjęcia...
-O jejku Lara! – powiedziałem na głos. Przez wczorajszą akcję kompletnie zapomniałem jej o wszystkim powiedzieć. Jak najszybciej zebrałem zdjęcia i wrzuciłem do plecaka z całą resztą rzeczy. Ostatnie zdjęcie było z Violettą. Nie zauważyłem go wcześniej. Było zaklejone innymi i przez to trochę poniszczone. To wszystko przez nią. Gdyby mnie nie okłamywała do niczego by nie doszło. W tym momencie spokojnie szedłbym do klasy. No ale nie. Zapiąłem plecak, narzuciłem go na plecy i przemknąłem do wyjścia tak by nikt mnie nie zauważył.
Drogę do domu pokonałem biegiem. No cóż. Uznajmy to z dobrą rozgrzewkę. Plecak rzuciłem w kąt pokoju i zbiegłem do garażu. Odpaliłem motor i pojechałem na tor  motocrossowy. Był on sporo oddalony od mojego domu więc bieg tak czy inaczej odpada. Miałem nadzieję, że spotkam tam Larę. Na miejscu od razu ją dostrzegłem. Tak jak zwykle majstrowała przy jednym z motorów treningowych.
-Lara! – krzyknąłem będąc jeszcze kilka metrów od niej. Momentalnie podniosła głowę. Kiedy mnie zobaczyła wypuściła z dłoni śrubokręt, pomnie i wskoczyła mi na ręce. To był zaskakujący i trochę dziwny gest ale i miły. Bez zastanowienia przycisnąłem ją do siebie. Po chwili jednak odsunęła się, zmieniła wyraz twarzy na… właściwie groźny i uderzyła mnie w bark. W tym momencie kompletnie się zmieszałem.
-A to za co? – zapytałem.
-Jeszcze pytasz? Wczoraj po zajęciach miałeś przyjść na trening ale zapadłeś się pod ziemię. Nie było cię ani w Studiu ani na torze. Ty masz pojęcie co ja przeszłam. Dzwoniłam do ciebie przez cały wczorajszy dzień. Zostawiłam ci chyba z pięćdziesiąt wiadomości a ty nie dałeś żadnego znaku życia! Z jednej strony mam ochotę cię zabić a z drugiej przytulić i nigdy nie puścić!
-To ja wybieram tą drugą opcję – Lara westchnęła i ponownie mnie przytuliła.
-Obiecaj, że już nigdy mi tak nie zrobisz.
-Obiecuje kochanie. – ucałowałem ją w czoło. I odsunąłem się lekko lecz nadal trzymając ja za biodra. – Wiesz bo chodzi o to, że wtedy…
-Nie. Nie mów mi. Nie chcę wiedzieć. Nie potrzebne mi to do szczęścia. Idź już lepiej się przebierz i wskakuj na tor. Pokaż innym jak się jeździ – zaśmialiśmy się po czym poszedłem zrobić to co mi kazała.

*Tomas*

Poranek był dla mnie wielką udręką. Przebranie się czy poranna toaleta były trudniejsze niż cokolwiek co w życiu robiłem. Nie pogardziłbym nagrodą za te wyczyny. Śniadanie sobie odpuściłem. Wczorajszego dni aż przejadłem się nerwami. Wchodząc do Studia starałem się zachowywać jak zawsze lecz również nie było to proste. Wręcz niewykonalne. W końcu ciążyło na mnie brzemię którego nie dało się od tak pozbyć – złamana ręka. To wielkie utrudnienie w muzyce lecz muszę sobie z tym dać radę. Kiedy przechodziłem przez hot czułem na sobie wzrok… właściwie wszystkich którzy tam byli. Bałem się podnieść głowę i spojrzeć im w oczy. Po chwili jednak postanowiłem pokonać to zażenowanie i popatrzyłem prosto przed siebie. Nie rozglądałem się a mimo to wiedziałem, że mnie obserwują. Nagle jakby z pod ziemi wyrósł Pablo. Był podenerwowany ale gdy mnie spostrzegł zmieniło się to na zdziwienie. Wskazał dłonią abym poszedł za nim. Doszliśmy do Sali tanecznej która była pusta.
-Tomas? – zapytał.
-Tak? Stało się coś? – na moje szczęście zabrzmiało to normalnie.
-Dziwna sprawa bo pytam dziś o to drugi raz ale co ty tu robisz?
-Przyszedłem na lekcje.
-Przecież masz złamaną rękę – powiedział lekko się śmiejąc.
-Prawda. Nie będę mógł tańczyć, grać i tak dalej ale to nie zmienia faktu, że mogę chodzić na śpiew.
Pablo westchnął i podrapał się po tyle głowy. Zawsze tak robi gdy się nad czymś zastanawia.
-Dobrze – przytaknął. – Ale nikt nie może się dowiedzieć co się stało z twoją ręką. Wyniknęłoby z tego zbyt wiele problemów.
-Obiecuję – odparłem salutując jak w wojsku. Z jednej strony ta sytuacja trochę mnie śmieszyła.
-Ykhymm…. – w progu drzwi stanął Gregorio. Miał na sobie obcisłą, czarną koszulkę i brązowe, sztruksowe spodnie. Krócej mówiąc, wyglądał tak jak zawsze. Jego mina była groźna i jakby wypełniona pretensjami. – Mogę wiedzieć co robicie w mojej sali? Mam tu zaraz zajęcia. A Pan – skierował wzrok na mnie – najwyraźniej nie może tańczyć. Co sobie zrobiłeś chłopcze? Wypadek przy strojeniu fortepianu? – zaśmiał się szyderczo.
-Daruj sobie Gregorio – za jego plecami stała Jackie. – Dobrze wiedz co się stało więc twoje drwiny są nie na miejscu. I przypominam, że to nie twoja sala tylko nasza.
-Oh Żaklin – nauczyciel tańca powoli odwrócił się. – Jeszcze tu jesteś?
-Dopiero tu przyszłam dla twojej informacji.
-Jakaś ty zabawna, kochaniutka – zaśmiał się ironicznie. – Pytałem co jeszcze robisz w Studio. Myślałam, że Antonio zorientował się, że takie beztalencie jak ty jest tutaj gorsze od samych uczniów.
-O nie, nie, nie – wtrącił się Pablo. – Prosiłem was setki razy. Nie przy uczniach. Tomas idź już na lekcje.
-Dobrze. Dowidzenia – powiedziałem odchodząc.
-Zrozumiałem, że nie przy uczniach. Ale on uczniem za niedługo nie będzie. Zresztą nie rozumiem co on tu robi po tym incydencie – usłyszałem przekraczając próg między szatnią a korytarze. Postanowiłem jednak zignorować to. Nawet jeśli bym tam wrócił to nic by to nie dało. Z Gregorio nie powinienem zadzierać. I tak już ma mnie po dziurki więc pogarszanie sprawy nie jest najlepszym krokiem.
Tak jak powiedział mi Pablo poszedłem na lekcje. Dzisiaj znowu moją pierwszą jak i niestety jedyną lekcją była zajęcia ze śpiewu. Zostały jeszcze około dwie minuty do dzwonka więc ludzie nadal byli na korytarzu. Przed klasą Angie stała Violetta wraz z Franceską i Camilą. Kiedy mnie zobaczyła, podbiegła rzucając mi się w ramiona.
-Ałć! Vilu. To boli! – podskoczyła ode mnie patrząc ze zdziwieniem. – Ręka – upomniałem.
-Jejku, przepraszam. Z tego wszystkiego zapomniałam. Tęskniłam i martwiłam się od ciebie.
-Nie przejmuj się. Mówiłem. To tylko ręka – odrzekłem i delikatnie otuliłem ją jedną ręką. Ona natomiast objęła mnie za szyję jakby nigdy miała nie puścić.
-Tomas… - szepnęła Francesca zbliżając się z Camilą w naszym kierunku. – Viola mówiła nam co się stało. Przykro nam.
-To nic. Tylko… błagam powiedzcie, że nikt więcej o tym nie wie.
-No wieesz… - powiedziała Camila przeciągając.
-Co wiem? Błagam, Cami. Tylko nie…
-Oj no bo godzinę temu rozmawiałam z Maxim i nie jestem pewna czy mu to powiedziałam czy nie. Ale spoko. Nie denerwuj się. Już lecę go poszukać. Jeśli mu coś wspomniałam to pewnie nie zdążył jeszcze nikomu przekazać tego. Obym zdążyła przed dzwonkiem – wyklepała i pobiegła w stronę drzwi wyjściowych pozostawiając mnie w zakłopotaniu. W tym momencie zadzwonił dzwonek. Camila jednak nie wracała. Najwyraźniej wyczuła powagę sytuacji.
-Emm… Vilu?
-Hm? – mruknęła.
-Czy możesz Mnie już puścić? Lekcja się zaczyna.
-A muszę? Tak dobrze mi tutaj – podniosła głowę i zrobiła minkę zbitego psiaka.
-Niestety tak – roześmiałem się i skradłem jej małego całusa. Wtedy ona puściała mnie i udaliśmy się do klasy gdzie już wszyscy czekali.
_______________________________________________________
Rozdział dodany prawie 2 miesiące po poprzednim.... mówi sie trudno i płynie się dalej :D
Heh Paulina taka happy a wy już pewnie szykujecie na mnie noże ;-; Coż... powiedzmy, że przeżywam teraz coś typy zawieszenia artystycznego. Pisanie przychodzi mi z trudem. Z tego co widzicie rozdział to krócina. Mógłby być dłuższy ale musielibyście jeszcze trochę poczekać a, że ma dobre serce postanowiłam was nie męczyć i wrzuciłam to coś. Nic się nie dzieje, Leosiek wyszedł z paki.... nudy. 
ALE może przed początkiem roku szkolnego zdąże jeszcze coś wyskrobać choć nie zapewniam. Wena raz jest, a arz jej nie ma. Lenistwo niestety jest zawsze więc nic nie wiadomo.
Dzięki za komentarze w poprzednim rozdziale i mam nadzieję, że tutaj też nie będziedzie próżnować (w przeciwności do mnie ;-;). 
Gracias por todo y hasta la proxima <3 /Pala

wtorek, 8 lipca 2014

Opowiadanie cz.47


*Federico*

Wczorajszego wieczoru na balu nigdzie nie mogłem znaleźć Violetty. Szukałem jej wszędzie i najwidoczniej poszła do domu beze mnie. No cóż… przynajmniej dzięki temu poznałem fajną dziewczynę. W sumie to chyba już ją widziałem gdzieś wcześniej. Tak, stanowczo skądś ją znam. Oby to nie była jakaś moja była bo byłby totalny kanał. Dzisiejszego ranka odkąd otworzyłem oczy Onon stop sprawdzałem w telefonie czy przypadkiem nie dzwoniła. Jednak mój wyświetlacz był pusty. Żadnego sms’a ani nieodebranej wiadomości. Schodząc po schodach na śniadanie cały czas patrzyłem na telefon i niemal się zabiłem! Potknąłem się na jednym ze stopni. Na szczęście zdążyłem złapać się poręczy i nie upadłem lecz z dłoni wyleciał mój telefon. Desperacko rzuciłem się w jego kierunku. Odpadła od niego obudowa i wyleciała bateria. Trzęsącymi się rękoma włożyłem ją z powrotem i zamknąłem obudowę. Niestety… telefon nie chciał się włączyć. Zrezygnowany schowałem go do kieszeni.
-Coś się stało Fede? – zapytała Viola. Okazało się, że wszyscy byli przy stole i gapili się na mnie jak na zjawisko paranormalne.
-Nie, nic. Telefon nie działa. No trudno. Będę musiał kupić nowy. – usiadłem przy stole i zabrałem się za jedzenie kanapki z dżemem. Tak naprawdę to w duszy już miałem żałobę. Dziewczyna z balu miała mój numer telefonu i mogła zadzwonić w każdej chwili a znając moje szczęście będzie podczas gdy jeszcze nie będę miał komórki. Co więcej ja nie mam jej numeru żeby oddzwonić i nie znam nawet jej imienia żeby zapytać o nią w szkole. Tam jest tyle ludzi, że ciężko trafić. Ehh.. że też nie mogła zadzwonić wcześniej. We Włoszech podryw szedł mi jakoś dużo łatwiej.

*Violetta*

Po śniadaniu razem z Ang… Federico poszłam do Studia. Ehh… nie mogę się przyzwyczaić do tego, że Angie już z nami nie mieszka. Brakuje mi jej. Godzina dziennie na lekcji to raczej za mało. Akurat dzisiaj miałam z nią pierwszą lekcje. Weszłam do klasy jeszcze przed dzwonkiem i zastałam tam Tomasa.
-Viola! Jak minęła noc? – spytał nie odrywając z twarzy uśmiechu. Zwykła mina a potrafiła wywołać ciepło w moim brzuchu. Jakby fruwało tam całe stado motyli.
-Wyjątkowo dobrze. Dawno tak dobrze nie spałam. Przy tobie czuję się bezproblemowo. Jakby nic innego na świecie się nie liczyło.
-Wiesz… nigdy nie myślałem, że to od ciebie usłyszę. Marzyłem ale ciężko było mi uwierzyć, że to stanie się prawdą. – Objął moje dłonie swoimi i delikatnie pocałował w nos. Było to trochę komiczne bo Tomas jest ode mnie tak naprawdę niewiele wyższy ale jednak było to słodkie.
-Jakie to słodkie. Zaraz porzygam się tęczą. – do klasy weszła osoba której akurat chciałam uniknąć. Dlaczego akurat w takich momentach musiał się pojawiać? – Nadal będziesz zaprzeczać, że coś was łączy? Hipokrytka…
-Możesz sobie dać spokój León? Nie masz ważniejszych żeby do załatwienia? – zareagowałam. Szczerze nie miałam ochoty na konfrontację z nim.
-Hmm… nie. Akurat teraz nie. Widzisz jak pięknie się składa?
-Nie widzisz, że nie ma ochoty na rozmowę? Idź sobie. – Tomas najwyraźniej się zbulwersował.
-Nie z tobą rozmawiam. No co Violetta? Nie odpowiesz mi?
-Nie wiem w ogóle do czego dążysz. Masz swoją Larę więc nie rozumiem problemu.
-Ja przynajmniej nie mydliłem ci oczu i nie mówiłem o czymś co nie istnieje. Chociaż nie. Na odwrót. Nie ukrywałem niczego. – Leon usilnie próbował wywołać na mnie poczucie winy. Starałam się nie dać po sobie poznać tego co czułam w środku. Tak naprawdę jego słowa bolały. Oskarżał mnie o coś co nie miało miejsca a jednak tak jakby… zaczynałam mu wierzyć. To całe ukrywanie emocji najwyraźniej mi nie wychodziło bo na twarzy Leona zawitał tryumfalny uśmieszek. Tomas też zauważył co się dzieje i wkroczył do akcji.
-Słuchaj gościu. Albo dasz nam spokój albo… - Leon nie dał mu skończyć.
-No co? Co mi zrobisz? Pobijesz mnie? Tylko nie złam sobie paznokcia. Lepiej zejdź mi z drogi kapciu bo może się to dla ciebie źle skończyć. – wtedy Tomasowi puściły nerwy i rzucił się na Leona. Chwycił go za koszule i pchnął do tyłu. Trochę się o niego zmartwiłam biorąc pod uwagę to, że jest niższy i trochę marniejszej postury lecz najwidoczniej się przeoczyłam. Chłopaki zaczęli na serio porządnie się okładać. Przeraziło mnie to więc próbowałam ich uspokoić lecz nie wychodziło mi to zbyt dobrze. Na początku próbowałam spokojnie ich rozdzielić lecz kiedy nic to nie dawało zaczęłam się irytować i krzyczeć. Do klasy jak burza wpadła Angie i Pablo. Szybko rozdzielili ich od siebie choć trudno było ich uspokoić. Kiedy nareszcie się trochę ogarnęli Pablo kazał im iść do swojego gabinetu a Angie zaczęła lekcję.

*Tomas*

Kiedy Leon zaczął dokuczać Violetcie nie wytrzymałem i mu przywaliłem. Łatwo jest stwierdzić, że postradałem wtedy zmysły lecz zrobiłem to całkowicie świadomie. Nikt nie ma prawa denerwować mojej dziewczyny. Za dużo przeszedłem, żeby teraz znowu coś nie wyszło. Nie wiem jak by to się skończyło gdyby do klasy nie weszli Pablo i Angie. Niestety – Pablo jaka dyrektor szkoły kazał nam iść do swojego gabinetu. Jeszcze tego było mi trzeba żeby trafić na dywanik! Idąc tam myślałem, że zaraz zamorduję Leona. Mi wcale nie było dość. Miałem wielką ochotę połamać mu wszystkie części ciała łącznie z uszami i wyrwać mu te przetłuszczone włosy łącznie z pedalską grzyweczką! On chyba też nie miał co do mnie zbyt przyjaznych zamiarów. Weszliśmy do gabinetu. Dawno mnie tu nie było. Ostatnio chyba jak roznosiłem jedzenie pracując w Restó Barze. Mimo to nie zmieniło się zbyt wiele. Nawet roślinki na parapecie były te same. No może trochę podrosły ale to niezbyt istotne. Podczas kiedy mój wzrok nadal zwiedzał gabinet, przypadkowo napotkał Leona. Najwyraźniej przez cały czas mi się przyglądał z wyrazem twarzy typu „zabijcie to zanim zniesie jaja”.
-Czego się gapisz? – zapytałem najspokojniej jak w tamtym momencie potrafiłem lecz najprawdopodobniej nie wyszło mi najlepiej. Leon podszedł dwa kroki bliżej i niemal krzykiem zwrócił się do mnie…
-Masz jakiś problem?
-Tak, mam. Nie podoba mi się to, że lipcysz się na mnie jak zmutowaną cytrynę. Popatrz w okno. Widzisz jaka piękna pogoda? Chyba nadaje się na tą twoją jazdę na motorku. Idź i najlepiej się na nim zabij. – uśmiechnąłem się zadowolony z tego co powiedziałem. Należało mu się.
-Odszczekaj to. Teraz! – albo mi się zdawało albo udało mi się wywołać lwa u lwa.
-Bo? To wolny kraj. Będę mówić i robić co mi się podoba. Kumasz? Czy mam ci to przeliterować?
-Było by bardzo miło. Dajesz pszczółko. – tym razem on się zaśmiał. Jednak wszystko co mówił spływało po mnie jak woda po gęsi. Jedyne co zrobiłem to odchrząknąłem i odwróciłem się w stronę drzwi byle tylko nie patrzeć na tego idiotę.
-Patrz na mnie kiedy ze mną rozmawiasz! – wypalił. Bardzo powoli odwróciłem się w jego kierunku.
-To my rozmawiamy? Myślałem, że skończyłeś gadać od rzeczy i sobie poszedłeś. Tak byłoby najlepiej. Szczęście, że Lara to dobry mechanik. Szczęście dla ciebie. Nie dla mnie. Bo mówiąc w skrócie mógłbyś kiedyś wziąć taki spory rozpęd i pojechać w stronę jakiejś przepaści czy coś. Hamulce by się popsuły i wszyscy by byli szczęśliwi… no może oprócz ciebie ale ups… już byś nic nie czuł. – możliwe, że wtedy lekko przesadziłem bo „Lajon” pchnął mnie tak, że przeleciałem przez biurko i wylądowałem po drugiej stronie pomieszczenia. Syknąłem z bólu. Moja ręka dziwnie się wykrzywiła. Wyglądała obrzydliwie. Podniosłem wzrok na mojego oprawcę. Na jego twarzy była namalowana satysfakcja. Jednak chyba było mu mało. Zaczął do mnie podchodzić. Może nie zrobiłoby to na mnie wrażenia bo jeszcze dałbym mu radę ale wziął do ręki scyzoryk leżący na biurku Pablo. Stanął nade mną i już miał się schylić kiedy do gabinetu wszedł dyrektor. Zobaczywszy co się dzieje jednym Ruchem ręki zatrzasnął za sobą drzwi o podbiegł chwytając Leona pod ręce i z siłą lecz nie brutalnie odsunął go ode mnie.
-Tomas nic ci nie jest? – Pablo zwrócił się do mnie.
-No tak… znaczy nie…. Moja ręka… chyba coś z nią nie tak. – usiłowałem ją podnieść aby zaprezentować prezent od Leona jednak nie słuchała mnie. Ciągle leżała na mim udzie.
-Zaraz zawiozę cię do szpitala, a ty… – skierował głowę z stronę szatyna - …nie ruszaj się. Dzwonię na policję.
-Nie! Pablo posłuchaj! Bo to nie było tak jak wygląda! – bronił się kłamiąc perfidnie.
-Daruj sobie. Wszystko widziałem. Chciałeś zabić Tomasa. Zwykła bójka to jedno, ale próba zabójstwa to co innego.
-Ale ja nie chciałem go zabić! Pogrozić najwyżej. Zdenerwowany byłem i tyle…
-I tyle powiadasz? Niestety to cię nie usprawiedliwia. Jestem dyrektorem. Moim zadaniem jest zadbać o bezpieczeństwo wszystkich uczniów. Z tego co widzę jesteś niebezpieczny. Wybacz ale nie mam wyjścia. – wszystko to mówił ze stanowczą powagą a nawet nutką zdenerwowania. Nie mogłem tylko stwierdzić czy był to gniew czy bardziej stres. Znając Pablo jednak to drugie. On nigdy nie był wrogo nastawiony do żadnego z uczniów. Wręcz zawsze dawał ulgę. Jeżeli teraz był taki podenerwowany to oznacza, że wszelkie granice zostały przekroczone.
-Pablo błagam. Na naprawdę nie chciałem nic złego. To więcej się nie powtórzy. Obiecuję.
-Wiem, że się nie powtórzy bo z tego miejsca jestem zmuszony wyrzucić cię ze Studia. – Leonowi opadła szczęka. Mi z resztą też. Takiego obrotu akcji się nie spodziewałem. Pablo wyjął z kieszeni komórkę i zadzwonił na policję. Szybko przedstawił co się stało, podał adres szkoły i odłożył telefon. Leon po tym nadal siedząc na podłodze przy ścianie oparł głowę na dłoniach i pochylił ją ku ziemi. Czy on… płakał? Moje podejrzenia jednak znikły kiedy podniósł się na ułamek sekundy i posłał i wrogie spojrzenie. Co z tego, że może iść siedzieć? Przecież jestem od tego ważniejszy. No musiał mieć jakieś wonty bo jakże by inaczej. Lekko poirytowany postanowiłem wstać. Było to trudne mając do dyspozycji tylko jedną rękę. Z resztą zaczynałem czuć niesamowity ból. Nie myślałem, że będzie aż tak źle. Już prawie byłem na nogach kiedy zaczęło boleć tak, że nie byłem w stanie wytrzymać. Chcąc, nie chcąc - krzyknąłem z bólu.
-Tomas nie wstawaj teraz. Za chwilę pojadę z tobą do szpitala i pomogę ci.
-Nie trzeba Pablo. Poradzę sobie. Bywało gorzej.
-Nie ważne. Jestem teraz za ciebie odpowiedzialny. Jeśli cię tak po prostu wypuszczę i mnie spotkają konsekwencje.
-dobrze, przepraszam. – odparłem i ostrożnie usiadłem z powrotem. Zwijałem się z bólu lecz starałem się nie dać po sobie poznać. Nie dam Leonowi tej satysfakcji.
Po kilku minutach do gabinetu weszło dwóch policjantów.
-Dzień Dobry. Pan Pablo Galindo? – zapytał jeden z nich zwracając się do dyrektora.
-Tak to ja. – potwierdził po czym gestem ręki kazał Leonowi wstać z podłogi.
-Pan z nami tak? – tym razem zwrócił się do Leona. On tylko westchnął i delikatnie pokiwał głową wyrażając „tak”. Tym razem drugi, wyższy policjant kazał mu się odwrócić po czym skuł mu ręce kajdankami. Bez słowa wyszedł z nim na zewnątrz jednak  w środku dostał ten drugi, niski i pulchny, pisząc coś w notesie.
-Panowie też muszą z nami jechać aby złożyć zeznania. – powiedział kiedy skończył notować.
-O nie… niestety muszę jechać z nim do szpitala. Nie puszczę go obolałego na posterunek. – policjant westchnął i po chwili zastanowienia powiedział…
-Dobrze ale proszę stawić się na miejscu w ciągu dwudziestu czterech godzin. – nie czekając na odpowiedź wyszedł.
-Dobra wstawaj. Jedziemy. Oby nie było kolejek bo ciąganie się po policji ze złamaną ręką na pewno nie jest przyjemne. – podciągnął mnie z ziemi trzymając za zdrową rękę po czym zamknął gabinet i poszliśmy do jego samochodu. Po drodze opowiedziałem mu co się stało kiedy pobiliśmy się w klasie a potem w jego gabinecie. Nie był zadowolony ale też nie tak bardzo zdenerwowany. Bałem się, że wywali mnie ze szkoły itp. ale jak widać myliłem się.

Kiedy weszliśmy do szpitala ogarnął mnie dreszcz. Nie lubiłem takich miejsc. Zawsze przywoływały nieciekawe uczucia. Po korytarzach chodzili ludzie w szlafrokach często z niewyraźnym wyrazem twarzy i kulejąc. W kolejkach było sporo ludzi. Niektórzy zwijali się z bólu, dzieci panikowały, że nie chcą to lekarza a jeszcze inni płakali. Być może teraz ktoś ich bliski walczy o życie. Założę się, że ściany szpitalne słyszały więcej modlitw niż kościoły. Trudno jest zachować uśmiech na twarzy w takim miejscu. Mijając cały korytarz przeszliśmy na drugie piętro gdzie zaraz przy schodach zauważyłem napis „chirurgia”. Nie było tam zbyt wiele ludzi bo tylko dwie osoby nie licząc mnie i Pablo. Nie byli w gabinecie lekarza zbyt długo więc mogłem wejść.
-Dzień Dobry. – powiedziałem niepewnie ja ośmiolatek który pierwszy raz uszkodził sobie kończynę.
-Dzień Dobry. Nazywam się Ramon Cabo. A Pan… Tomas Heredia, tak? Pan Galindo do mnie dzwonił około godzinę temu.
-Tak, to ja. – podałem mu moją książeczkę zdrowia którą noszę zawsze przy sobie na wypadek takich sytuacji. Doktor Położył ją na biurku.
-Siadaj i pokarz rękę. – uśmiechnął się poczym usiadłem na najbliższym stołku. On uczynił to samo. Podwinąłem ostrożnie rękaw bluzy. Każdy ruch sprawiał mi ból jakby potrąciła mnie ciężarówka.
-No niestety ręka nie wygląda za dobrze aczkolwiek tak nie mogę stwierdzić co się stało. Chodź za mną. – wstał i wyszedł z gabinetu. Stosując się do tego co powiedział poszedłem za nim. Nie miałem pojęci gdzie mnie prowadzi lecz po chwili doszliśmy do innej Sali znajdującej się zaledwie kilka kroków dalej. Na drzwiach pisało „prześwietlenia i tomografia”. Trochę mnie to przeraziło. Czyżby doktor Cabo miał zamiar wsadzić mnie do jakiejś tuby aby zobaczyć moje wnętrzności? W środku podszedł do jakiejś maszyny a mnie pozostawił w niepewności.
-Połóż proszę rękę w tym miejscu. – wskazał na coś w rodzaju stolika. Różniło się tym, że było wyższe i metalowe a wyżej były jakieś dziwne przyrządy. Czy on będzie rozkrajać moją rękę> Jak ja będę grać na gitarze?! Z nerwów zacząłem dygotać. – Wszystko gra? – zapytał.
-Tak. Jest ok. – odpowiedziałem jednak dalej niepewnie.
-Nie bój się. Przesuń trochę rękę aby ten laser przez nią przechodził. – ostrożnie pomógł mi przestawić kończynę. –Dobrze. Teraz proszę nie ruszaj się. Nawet mały ruch może przeszkodzić w zrobieniu zdjęcia. – odetchnąłem. Jednak chodziło tylko o prześwietlenie. Cabo szybko załatwił sprawę. Poszliśmy z powrotem do gabinetu gdzie przyglądał się zdjęciu mojej ręki. Z zaciekawieniem również patrzyłem raz na zdjęcie raz na rękę. Czy ona na serio jest aż tak krzywa?
-Tak jak myślałem doszło do złamania kości promieniowej. Założę ci bandaż i niestety czekają cię dobre trzy miesiące radzenia sobie tylko prawą ręką.
-Co? Ale to niemożliwe. Ja potrzebuję rąk do gry na gitarze lub na jakimkolwiek instrumencie!
-Przykro mi ale niestety jestem lekarzem a nie cudotwórcą. Nie mogę od tak zreperować ci ręki.  – to była najgorsza wiadomość jaką mogłem otrzymać w całym życiu. Aż trzy miesiące?! Ja nie wytrzymam nawet tygodnia.

Razem z Pablo wróciłem do samochodu. Gips na mojej ręce był jak wyrocznia. Miałem ochotę tak po prostu go zdjąć, rzucić jak najdalej ode mnie, wziąć do ręki gitarę i grać już do końca życia. Po około dwudziestu minutach jazdy dotarliśmy na posterunek policji w Buenos Aires. Był to całkiem spory budynek a przed nim usytuowany był parking na którym stało kilka radiowozów i samochodów osobowych.
-Na pewno chcesz teraz tam iść? Nie wolisz odpocząć w domu i przyjechać jutro? – Pablo najwidoczniej dokładnie rozumiał to co czuję. Zawsze był dla mnie miły ale teraz szczególnie potrzebowałem wsparcia i chyba jak zawsze mogłem na niego liczyć.
-Tak, wolę to mieć za sobą, a po powrozie zapaść w trój miesięczny sen.
-Nie przejmuj się Tomas. Niejeden muzyk na pewno miał gorzej. Albo po prostu spróbuj to inaczej zinterpretować. Może to po  prostu jakaś lekcja od życia. Sprawdza cię czy jesteś na tyle silny by wytrzymać. Ja dobrze wiem, że dasz radę ale najwyraźniej to ty musisz w to uwierzyć.
-Chyba masz rację…
-No właśnie. Krótka przerwa jeszcze nikomu nie zaszkodziła. Zobaczysz, że wrócisz po tych trzech miesiącach do Studia w wielkim stylu.
-Dzięki Pablo. – odparłem próbując uwolnić niewielki uśmiech.
-Nie masz za co mi dziękować. Lepiej już chodźmy. Im szybciej to załatwimy tym lepiej. – wyszliśmy z samochodu i udaliśmy się do środka. Było już późno więc na posterunku było właściwie tylko kilku policjantów. Podeszliśmy do dyżurującego.
-Dzień dobry. Nazywam się Pablo Galindo a to jest Tomas Heredia. Przyszliśmy w sprawie pobicia.
-A tak. Proszę iść prosto korytarzem i drugie drzwi na prawo. – poinformował nas leniwie policjant nie dodając nic więcej i pogrążając się w czytaniu czasopisma. Zapukałem do drzwi po czym otworzył nam niski, pulchny policjant. Ten sam który był w Studio.
-Dzień dobry. Panie Heredia proszę tutaj usiąść. – pokazał mi krzesło obok metalowego stołu. To jedno z najnieprzyjemniejszych miejsc w jakich byłem. Było tu taj nieswojo, że najchętniej był od razu wyszedł. – A pana proszę o wyjście. – powiedział tym razem do Pablo.
-Tomas ma siedemnaście lat. Z tego co wiem przy przesłuchaniach nieletniego musi był obecny opiekun. Dobrze mówię? – uśmiechnął się triumfalnie nauczyciel.
-Tak, oczywiście. – pojrzał ponuro policjant po czym usiadł naprzeciwko mnie.
-Z tego co nam wiadomo zaczęło się od bójki, tak? – zaczął drugi funkcjonariusz.
-Tak. Przyszedł do klasy i zaczął czepiać się mojej dziewczyny. – wyjaśniłem próbując zachować stoicki spokój.
-Klasyczny powód do bójki. Ile tego już było…
-Przepraszam, ale Leon nie powiedział jak doszło do zdarzenia, że musicie go o to pytać? – wtrącił Pablo.
-Pan Verdas niestety nie chciał współpracować więc nic się nie dowiedzieliśmy. Zresztą tak czy inaczej musielibyśmy poznać wersję Pana Heredia. Czy jasne? – odparł dryblas. Wcześniej wydawał mi się być taki spokojny i cichy a teraz zrobił się dziwnie agresywny. Policjanci są dziwni… - Mów co dalej.
-Później przyszedł Pablo i nas rozdzielił po czym odesłał do swojego gabinetu aby wyjaśnić incydent.
-Dokładnie. – potwierdził Pablo.
-Przepraszam ale jeśli nie będzie pan cicho będę zmuszony pana wyprowadzić. Nie pana przesłuchujemy! – odetchnął. – Proszę kontynuować.
-Więc jak już tam byliśmy to zaczęliśmy się kłócić i wyzywać…
-Jakie to były wyzwiska? – przerwał mi. Nie do końca przyjemnie było mi mówić jakich wyzwisk użyłem.
-On nazwał mnie pszczołą a ja obraziłem MotoCross….. – wlepiłem wzrok w podłogę a policjant parsknął śmiechem.
-A co to? Przedszkole? – mówił nadal się śmiejąc. – Mów dalej. Może będzie jeszcze ciekawiej. – w ostatnim zdaniu zwrócił się do swojego ‘okrągłego’ kolegi.
-Wtedy zaczął mi grozić i pchnął mnie przez co przeleciałem przez biurko. Kiedy leżałem na ziemi wziął nożyk i zaczął się do mnie zbliżać. Nie do końca wiem co chciał zrobić. Wtedy przyszedł Pablo i odsunął go ode mnie. To tyle.
-Hmm… dosyć skomplikowana sprawa, nie myślisz Dan? – zwrócił się ponownie to pulchniaka.
-No prawda. Jeśli chłopak sam się nie przyzna do tego co chciał zrobić nie będzie lekko. Idź go przyprowadzić. Może zmiękł trochę w areszcie. – Dryblas wstał i wyszedł. – A Panowie póki co mogą iść. W razie problemu zadzwonimy.
-Do widzenia. – odparłem i najszybciej jak mogłem wyszedłem z pomieszczenia. Było tam okropnie. Wcale nie miałem ochoty na powrót. Idąc do wyjścia natknęliśmy się na agresywną sytuację. Przy biurku dyżurującego stał wysoki mężczyzna w jasnym garniturze i najwyraźniej nie był zadowolony.
-Ma mi Pan natychmiast gdzie do cholery jest mój syn! Wy macie pojęcie kim ja jestem?! On ma teraz wrócić ze mną do domu! Puszczę was z torbami jeśli w ciągu trzydziestu sekund nie stanie przede mną! Pozwę was do sądu!
-Panie, chce pan pozwać policję? – odparł dyżurujący ze spokojem i drwiną. W sumie miał rację bo koleś gadał jakieś głupoty.
-Dla chcącego nic trudnego. Mam wiele znajomości i prawnika który wsadziłby za kratki choćby królową Anglii! Nikt z rodziny Verdas od pokoleń nie był w takim miejscu. Tutaj się trzyma zabójców a nie nastolatków którzy nic nie zrobili! – najwyraźniej nie był to nikt inny niż tatulek Leona. Mogłem się zorientować od razu. Z daleka można ogarnąć, że typ śpi w kasie. Wtedy z drugiego korytarza wyszedł Leon wraz z policjantem który nie przesłuchiwał. Niestety nie widziałem co się stało dalej ponieważ już wyszedłem.

*Leon*

Siedziałem w areszcie kiedy przyszedł jeden z policjantów który mnie aresztował.
-Verdas pójdziesz ze mną. – powiedział niemiło.
-Gdzie? Wypuszczacie mnie?
-Nie. Idziesz na szubienicę. – odparł a ja tylko spojrzałem na niego pytająco. – No co się patrzysz jak idiota? Na przesłuchanie idziesz. Mam nadzieję, że już sobie przypomniałeś jak to było.
-Eee… niekoniecznie. I może trochę milej? Co ja panu zrobiłem?
-Posłuchaj… - usiadł obok mnie. – Powiedzmy, że zanim zacząłem pracować jako policjant znałem takich jak ty. Marginesy społeczeństwa! Ludzie którzy nie powinni się urodzić! Nie mam dla was litości i nigdy miał nie będę. – wlepił wzrok w ścianę. – Choć już. Jeśli nic nie pamiętasz to twój kolega wszystko wyśpiewał więc będziemy się trzymać jedynie jego wersji. – szarpnął mnie za koszulę i pociągnął za sobą. Nie rozumiem czemu miał do mnie takie wonty? Nie zrobiłem nic złego. Nie jestem żadnym przestępcą. Przechodząc przez korytarz zauważyłem mojego ojca. Było da mnie zdziwieniem. Dawno go nie widziałem bo wyjechał dwa miesiące temu do Chorwacji w interesach.
-Leon! Nareszcie jesteś! Chodź, zabiorę cię do domu synu. – powiedział zobaczywszy mnie.
-Proszę odejść. Pański syn idzie na przesłuchanie.
-Jakie znowu przesłuchanie? On nic nie zrobił!
-To się okaże. Leon właśnie powiedział mi, że wszystko sobie przypomniał i ładnie nam opowie… prawda? – ostatnie słowo skierował bezpośrednio groźnym tonem. Sprawił, że zacząłem się go bać. Potaknąłem głową. Co miałem do stracenia? Przecież nic takie nie zrobiłem. Zwykła bójka. Weszliśmy do sali przesłuchań, a że tata nie dał za wygraną wszedł razem z nami.
-A więc zacznijmy od początku. Jak o wszystko było? – zapytał drugi policjant który siedział na stołku naprzeciwko mnie.
-To nie było nic specjalnego. Po prostu pokłóciliśmy się i w nerwach zaczęliśmy się szarpać. Tyle. –wytłumaczyłem.
-Tylko powiadasz? A twój kolega powiedział nam, że zaatakowałeś go nożem.
-Nie to nie tak. Jak już mówiłem byłem wtedy zdenerwowany. Nie myślałem o tym co robię ale na pewno bym go nie zabił! Nie jestem mordercą.
-No mordercą może nie ale przejrzałem sobie twoje akta i to nie twoja pierwsza bójka.
-Co?! – wtrącił tata. Nie dziwie się jego reakcji bo nie wiedział o wcześniejszej „sytuacji”.
-Proszę siedzieć cicho! – krzyknął policjant.
-Może i kiedyś się pobiłem ale to było raz.
-A teraz drugi. – miałem wrażenie, że ci policjanci usilnie próbują wsadzić mnie za kraty.
-Ehh… no mówię wam, że to było zaledwie popchnięcie. Nie chciałem złamać mu ręki, a czym bardziej zabić. To były tylko emocje. Miałem zły dzień.
-Gdyby „zły dzień” byłby właściwą wymówką to więzienia byłyby puste. Fermin zaprowadź go do celi. – Policjant migiem spojrzał na niego groźnie po czym zaprowadził mnie znowu do celi. Fermin. To imię dźwięczało w mojej głowie. Już je gdzieś słyszałem. Ale gdzie? Dosyć nietypowe imię a jednak je słyszałem. Co gorsza, nie kojarzyło mi się zbyt dobrze. A co w tym było najgorsze? To, że nie mogłem sobie przypomnieć gdzie je słyszałem… no i to, że nadal siedzę w celi. Nie wiem jak długo to jeszcze potrwa ale mam nadzieję, że mój ojciec coś wymyśli.

*Justo*

Policjant wziął Leona do celi. To było kompletne znieważenie. Kto tak postępuje? Więc taka jest policja w naszym kraju?
-Przepraszam, czy to ukryta kamera? – zapytałem półkrzykiem kiedy zostałem w Sali z jednym policjantem.
-Nie, nic z tych rzeczy. – odparł spokojnie.
-Nie mogę uwierzyć. Przecież sprawa jest jasna. Chłopak nic nie zrobił. Nic na niego nie macie.
-Wiem o tym doskonale. Ale nic nie zaszkodzi, jeśli posiedzi jedną noc. Będzie miał nauczkę na przyszłość i nie będzie się ładował w bójki.
-Mój syn nie jest żadnym rozbójnikiem, dresem, kibolem czy jak wy to tam określacie. Ręczę za niego, że nic takiego więcej nie będzie miało miejsca. – próbowałem go przekonać.
-Tak czy inaczej mamy prawo zatrzymać go na komisariacie 24 godziny. W tej kwestii nic pan nie zrobi.
-Nie! Ja się a to nie zgadzam! – krzyknąłem.
-Proszę obniżyć ton bo pan również trafi to aresztu! – odetchnąłem nerwowo i przetarłem spocone czoło dłonią.
-Nie będzie miał tego zapisane w dokumentach? – dodałem spokojnie po krótkiej pauzie.
-Nie.
-Dobrze. Ale proszę go wypuścić z samego rana. – wyszedłem trzaskając za sobą drzwiami. Pomyleńcy. Chcą trzymać w więzieniu niewinnego i w dodatku wiedząc o tym.

*Tomas*

Pablo wysadził mnie obok domu. Chwilę przed tym jak dojechaliśmy zaczął padać deszcz więc podziękowałem i biegiem wszedłem do domu. Powiesiłem wilgotną bluzę na wieszaku i udałem się w stronę kuchni. Zastałem tam mamę.
-Tomas! Nareszcie jesteś. Co tak późno? Martwiłam się…
-Długa historia. – odparłem krótko.
-A co to za gips? Co się stało? Napadł cię ktoś? – zadawała pytania.
-Nie… znaczy tak…. W pewnym sensie… no to właśnie ta długa historia.
-Długa czy nie długa, trzeba zawiadomić policję.
-Już tam byłem. – odparłem.
-Co? Sam? I co zrobili?
-Spokojnie. Usiądź. Opowiem ci wszystko. – tak jak powiedziałem tak się stało. Opowiedziałem jej wszystko od A do Z. Przed mamą nigdy nie miałem tajemnic więc nie miałem powodu, żeby teraz zmyślać. W niektórych momentach ja też źle postąpiłem ale nie krępowałem się bo mam z rodzicami dobre kontakty i wiedzą o mnie wszystko.
-Ale czekaj, czekaj. Od kiedy ty chodzisz z Violettą? – tak właśnie zabrzmiało jej pierwsze pytanie po opowiedzeniu całej historii.
-Albo mi się wydaje nie o tym rozmawialiśmy.
-Ojtam. Dlaczego ja nic o tym nie wiem? Gratuluję. – uściskała mnie. – No to od kiedy? Wstyd było powiedzieć mamie co? – uśmiechnęła się żartobliwie.
-Nie no coś ty. Po prostu nie było okazji. Spotykamy się od wczoraj. Wiesz… na balu.
-Aaa…. No to opowiadaj jak to było.
-No mamo!
-Przepraszam, po prostu cieszę się twoim szczęściem synku. A wracając do tematu, wielkie szczęście, że był tam Pablo. Nie wiadomo co mogło ci się stać. O tym co się stanie z Leonem już zadecyduje policja. Nic więcej nie możemy zrobić. Dla mnie najważniejsze jest to, że nie stało ci się nic więcej niż ta ręka. Rozmawiałeś już z Violettą?
-Nie, przecież dopiero wróciłem.
-To idź zadzwoń do niej i powiedz co się dzieje bo pewnie się bidulka martwi. A o tym co się stało na balu opowiedz mi jutro. Ja nie odpuszczę i ty to powinieneś wiedzieć.
-Tak wiem mamo. – zaśmiałem się i poszedłem do swojego pokoju. Normalnie padłbym na łóżko jak długi ale niestety nie dziś. I przez następne trzy miesiące też nie. Usiadłem na łóżku i wyciągnąłem z kieszeni komórkę wybierając numer Violetty. Odebrała po zaledwie jednym sygnale.
-Tomas? Wszystko gra? Co się stało w gabinecie Pablo? Martwiłam się o ciebie…
-Spokojnie. Mówisz trochę jak moja mama. – zaśmiałem się. – To nic takiego. Nie musisz się martwić.
-Nie muszę? Widziałam jak policja wyprowadzała Leona. W takich okolicznościach niemożliwe jest nie martwienie się.
-Bo po prostu… no zaatakował mnie z nożem.
-Co?! Jesteś ranny? Leżysz w szpitalu? Już do ciebie jadę.
-Nie, nie jedź. Jestem w domu. Mam tylko złamaną rękę. Nic wielkiego. Jakoś to przeżyję. Zobaczymy się jutro?
-Jasne. Kocham cię, wiesz?
-Wiem. Ja też cię bardzo kocham. Spij dobrze. – rozłączyłem się i zasnąłem nawet nie przebierając się. To był jeden z tych cięższych dni w moim życiu.
______________________________________________________
"Nareszcie rozdizął! Jeeeeeeej! *taniec szczęścia*" Tak było prawda? Wiedziałaaaam... XD
Trochu długo bo to było tak, że przez kilka dni miałam warsztaty taneczne więc wychodziłam rano i wracałam wieczorem więc albo w te dni wogóle nie pisalam bo nie zdażyłam lub pisałam 2-3 zdania. Szło więc powoooooli. Dlatego też chciałam, żeby rozdział był krótki ale jak zaczęłam pisać to... no sami widzicie. Mnie się nie da ogarnąć. Skrócić się nie dało. Czy przesadziłam? Prawdopodobnie. 
No cóż. fede i Ludni zbyt szybko się jednaknie umówią (oj tak przyyykro xd). 
W akcje weszli Leon i Tomas. Nie planował rozwijać ich wątków ale pomysły przyszły spontanicznie podczas pisania więc możecie się jeszcze ich spodziewać... i to w miare często :P
Co myślicie o Ferminie i Dan'ie? czy wpłyną jakoś na fabułe czy będą sobie cichutko siedzieć? (Zaczyna to brzmieć jak reklama jakiegoś żałosnego filmu...).
Opinię zostawcie w komentarzu. to trochę dziwne, że musze o nią żebrać... /Pala

czwartek, 5 czerwca 2014

Opowiadanie cz.46


*Violetta*

Trzy dni zleciały jak godzina. To już dzisiaj. Już dzisiaj wielki bal w Studio 21! Nie mieliśmy dziś lekcji aby móc przygotować się na to zdarzenie. Już z samego rana przyszła do mnie Angie aby pomóc mi wybrać odpowiednie ubranie. Miałam sporo sukienek więc nie było potrzeby kupna nowej. Wspólnymi siłami wybrałyśmy dla mnie jasnoczerwoną, wręcz można powiedzieć, że Magenta sukienkę sięgającą mniej więcej do kostek, czarne szpilki jednak nie na zbyt wysokim obcasie abym mogła swobodnie tańczyć, a na szyi zawiesiłam skromny naszyjnik z napisem „love” i wiszące, czarne kolczyki. Największym problemem okazały się włosy.  Próbowałyśmy na różne sposoby ale w każdej fryzurze coś nie pasowało. Kucyk odpadał. Kompletnie nie pasuje na taką okazję. Kok? Nie do tej sukienki. W ogóle nie współgrały. Rozpuszczone włosy? Mogło mi być z lekka niewygodnie gdyby przypadkiem wplątały się w kolczyk. Pozostałam jednak przy ostatniej propozycji lecz z małą zmianką. Angie pobiegła do domu po lokówkę i zakręciła mi włosy. Przez to wydawały się trochę krótsze co zmniejszało ryzyko wypadku i wyglądało cudownie. Chciałam też pomóc Angie w wyborze odzieży na bal lecz wolała zająć się tym sama. Ostatnio jest jakaś zamknięta w sobie. Kiedy wchodzi do domu rozgląda się na wszystkie strony z pretekstem, że chce zobaczyć co się zmieniło od jej ostatniej wizyty lecz dobrze wiedziałam, że unika taty. Szkoda mi ich. Tata zresztą też jakoś ostatnio posmutniał. Widać, że za sobą tęsknią. Tylko czemu nic z tym nie zrobią? Właściwie to ten spokój taty na dzisiaj był niesamowicie potrzebny. Nie chciałabym, żeby wparował do Studia w środku balu i wyciągał mnie do domu. Po nim można spodziewać się właściwie wszystkiego chociaż i tak jestem mu bardzo wdzięczna, że zaakceptował moją pasję do muzyki i śpiewu. Około osiemnastej do domu wróciła po mnie Angie. Wyglądała przepięknie. Przy wejściu czekał równie tata. Wyglądał na spiętego. Z tego wszystkiego nie wiedziałam już czy jest taki ze względu na obecność cioci czy dlatego, że wychodzę. Właściwie to mogły to być nawet obydwie opcje.
-Violu, tylko nie wracaj zbyt późno dobrze? – Spodziewałam się tego pytania mimo wszystko. Nie byłby sobą gdyby nie poruszył tego tematu.
-Oczywiście tato. Nie martw się. Będą ze mną znajomi i Angie. – Próbowałam w jakiś sposób go uspokoić aby nie zrobił czegoś głupiego.
-Baw się dobrze. – Ucałował mnie w czoło i nie zaszczycając Angie wzrokiem udał się do swojego gabinetu. Razem z ciocią poszłyśmy w stronę Studia gdzie miałam się spotkać z przyjaciółmi. Nie chciałam żeby po mnie przychodzili bo wiem, że tata nie przepada na Tomasem. Właściwie nawet nie wiem skąd wzięła się u niego ta cała nienawiść. Przecież on nigdy nie zrobił nic złego. Na miejscu błyskawicznie dostrzegłam dwójkę moich towarzyszy na dzisiejszy wieczór.
-Viola w końcu jesteś. – Krzyknęła Cami.
-Już się bałem, że nie przyjdziesz. – Tomas życzliwie uśmiechnął się do mnie. Miałam wrażenie jakby w ogóle nie zauważył, że Camila stoi tuż obok nas. – Ślicznie wyglądasz.
-Dziękuję. Wy również genialnie wyglądacie. Idziemy na sale? – Zaproponowałam. W końcu jaki jest sens w sterczeniu na chłodzie kiedy w środku jest bal. W końcu przyszliśmy się bawić.
-Jasne. Chodźmy. – Przytaknęli równocześnie. Równym krokiem weszliśmy do głównej sali gdzie już kilka par tańczyło na parkiecie.

*Camila*

Na Sali było już sporo osób. Niektórzy tańczyli, niektórzy podpierali ściany a jeszcze inni odpoczywali lub popijali sok. Zrobiło mi się trochę głupio. Wszyscy mają parę, a ja jak głupia idę ze znajomymi. Gdyby nie ja to oni też byliby sami. Jestem dla nich tylko i wyłącznie ciężarem. Ledwo po wejściu Tomas poprosił Violettę do tańca i poszli na parkiet. A ja? Ja zostałam sama. Zrezygnowana usiadłam przy stole podpierając głowę na dłoni. Może źle zrobiłam przychodząc? Będę tu tak siedzieć do końca? W końcu kogo by interesowała jakaś tam rudowłosa Camila. Myślałam, że nie powodzi mi się ostatnio tylko w muzyce ale jak widać życie towarzyskie też nie jest dla mnie. I wtedy zadzwonił mój telefon. Nie patrząc na wyświetlacz odebrałam. W sumie już było mi obojętne z kim rozmawiam. Może ktoś wyciągnął by mnie z tego całego upokorzenia.
-Hej Cami. – Ledwo słyszalny głos odezwał się w komórce. Przez muzykę jednak nie byłam w stanie rozpoznać głosu mojego rozmówcy.
-Emm… hej. Z kim rozmawiam? – Zapytałam prosto z mostu.
-Ta ja. DJ. Jak zabawa?
-Świetnie po prostu. Bawię się na całego. Melanż życia. – Odparłam sarkastycznie. Powinien spodziewać się, że bez niego to nie to samo.
-Po twoim głosie tego nie słychać. Coś mnie chyba kłamiesz.
-O co ci chodzi? Chcesz mi dokuczyć czy co? Nie wiem czemu obchodzi cię teraz co ja czuję. Nie interesuj się. -  Wtedy zobaczyłam go. Wszedł do Sali w czarnym garniturze, włosami postawionymi do góry na żelu i różą w ręku. Prawdę mówiąc na pierwszy rzut oka w ogóle nie mogłam uwierzyć, że to naprawdę on. Wyglądał… inaczej.
-Mnie nie oszukasz. Twoje oczy mówią wszystko. – Rozłączył się i podszedł do mnie. – Słuchaj Cami. Przepraszam. Ja chyba nie myślałem do  końca racjonalnie. Myślałem tylko o sobie kiedy powinienem dbać o ciebie. Wiem, że późno daję sobie z tego sprawię ale wybaczysz mi? – Spojrzał mi w oczy. Nie potrafiłam mi nie wybaczyć. To było niemożliwe. Widziałam jego skruchę. Jemu naprawdę na mnie zależało. Mi na nim zresztą też. W odpowiedzi nie użyłam słów. Stanęłam na palcach i delikatnie musnęłam jego usta. – Mam to rozumieć jako „tak”?
-Oj chodź już. – Zaśmiałam się i zaciągnęłam DJ’a na parkiet.

*Angie*

Kiedy rozdzieliłam się z Violą poszłam do łazienki sprawdzić czy wszystko ze mną gra. Spojrzałam do lustra. Makijaż był w porządku. Trochę mocniejszy jak zwykle lecz niezbyt wyzywający.  Z sukienką także wszystko było okej. Nic się nie zagięło, nic się nie poplamiło. U sumie byłam tu głównie po to aby pilnować młodzieży ale w sumie nauczyciele też mogą się zabawić lecz nie przesadnie i nadal czuwając. Może jednak trochę przesadziłam. Jakoś tak wyjątkowo zależało mi na tym jak wyglądam. Nie miałam tak od rozstania z Germanem. No ale to pewnie taki odruch. Przyzwyczajenie. Któż wie? W końcu dla kogo miałabym być „idealna”? Nauczyciele ze Studia są dla mnie przyjaciółmi no a Jeremias… wydaje mi się bardzo fajny. Przez ostatnie trzy dni zdążyliśmy się trochę lepiej poznać. Naprawdę ciekawa osoba. Lubię z nim przebywać. Czuję się tak swobodnie jakbym znała go od lat. Lekko poprawiłam dłonią grzywkę i wyszłam z łazienki.
-No no… nieźle się odpicowałaś. – Usłyszałam już bardzo znany mi głos dochodzący z drugiego końca holu. Nie był to nikt inny jak Jeremias. Wyjątkowo nie był wystylizowany „na Chucka Norrisa” lecz miał na sobie białą koszulę i eleganckie spodnie. Ciekawe też było to, że tym razem nie miał na plecach brązowego plecaka który właściwie zawsze tam był.
-Jeremias? Co ty tu robisz? – Jego obecność dosyć mnie zdziwiła. Jako pianista nie miał obowiązku przychodzenia na ten bal.
-Ehh… i tak nie mam co robić. Właściwie to dla takiego widoku naprawdę było warto. – Uśmiechnął się zawadiacko. Czasami miałam wrażenie, że mnie podrywa ale to na pewno tylko moje dzikie złudzenia.
-Dziękuję? Ty też świetnie wyglądasz. Tylko poczekaj sekundkę… - Jego krawat był trochę bardziej poplątany niż zawiązany. Chyba ubierał się w mega szybkim tempie bo takiego koszmarku krawatowego dawno nie widziałam. Ostrożnie mu go zdjęłam i zawiązałam już prawidłowo. Podczas robienia tego czułam jak moje poliki oblewa czerwień. Czemu? Zauważyłam jak znajomy skrzętnie mi się przygląda. Kompletnie mnie to zawstydziło. Kiedy skończyłam doprowadzać do porządku jego krawat wlepiłam wzrok w podłogę aby ukryć swoją stanowczo zbyt barwną twarz. Jeremias jednak tylko się zaśmiał.
-Nie chowaj głowy. Słodko wyglądasz. – Szybko jednak zdał sobie sprawę z tego co powiedział i zmienił temat.  – No, elegancko. Widzę masz wprawę. Męża też tak wyprawiasz? – uśmiechnął się z lekkim grymasem.
-Nie mam męża. – Odrzekłam. W końcu nie miałam powodu aby mówić coś niezgodnego z prawdą.
-Oj przepraszam. Czyli chłopaka, tak? – Drałował dalej.
-Nie. Niestety jestem singielką od… jakiegoś czasu. – Starałam się nie okazywać smutku. To przecież przeszłość.
-Ahh tak… - tym razem na jego twarzy wymalowało się coś na rodzaj satysfakcji. Niee. Pewnie znowu mi się wydaje. W tym samym czasie zauważyłam dwie znaczące litery…
-Jeremias mam pytanie. Dlaczego na twojej koszuli są inicjały G.C? – To niesamowite jak można w ciągu kilku sekund tak zmieniać wyraz twarzy. Tym razem zauważyłam zakłopotanie. Nie rozumiem…
-Ahh no widzisz. Bo tą koszulę dostałem od mojej ciotki… no i ona… jest dyslektyczką. Nigdy nie mogła zapamiętać, że moje imię pisze się Jeremias a nie Geremias, no a koszula jest dobra więc bez sensu byłoby ją wyrzucać, prawda? – Tłumaczył się lekko jąkając.
-Przepraszam. Nie wiedziałam…
-Nic się nie stało. – Uśmiechnął się życzliwie. Lubiłam tą minę. Czułam wtedy taki spokój wewnętrzny. – To może chodźmy już na tą salę zanim wydarzy się coś co nie powinno się zdarzyć. – Zrobiliśmy tak jak powiedział. Zastanawiało mnie tylko czy powiedział to w kontekście uczniów czy kogo innego…

*Ludmiła*

Na tym całym balu nie działo się nic ciekawego. Ci idioci ze szkoły w ogóle nie chcieli ze mną tańczyć. Z reszta ja z nimi też. Dlaczego miałabym? Oni w ogóle umieli tańczyć? Właściwie całą imprezę przesiedziałam sama przy barze. Sama… Nati oczywiście nie chciała przyjść. Ona nie rozumie, że jej potrzebuję? Asystentka powinna być ze mną All Day All Night. Później na scenie śpiewała Violetka razem z Tomim. Nie rozumiem co on widzi w tej beztalencicy? Na mnie strzelił focha i w ogóle ze mną nie rozmawia. Nie rozumiem czemu. Ja tylko chcę mu pomóc uwolnić się od tego czegoś o imieniu Violetta. Ale jak nie to nie. Jak nie docenia mojego poświęcenia to nie mam zamiary zgrywać zdesperowaną. Później śpiewał Lion z tą..no… nie znam jej. W ogóle to go nie rozumiem. Najpierw kręci ze mną, następnie bierze się za Violkę a teraz jeszcze inną sobie znalazł? Serio? Imbecyl nie człowiek. Po tych żałosnych występach podszedł do mnie… On.
-Cześć. Dlaczego taka ładna dziewczyna siedzi tu sama przez całą imprezę, co? – Chłopaki uśmiechnał się tak… tak… powalająco.
-Emm… mówisz do mnie?
-Nie, mówię do soku. – Spojrzałam na niego pytająco. – No do ciebie. Stało się coś?
-Mi? Niee… gdzież? Mi nigdy nic się nie dzieję. Jestem taką niezniszczalną supernową. Sam rozumiesz. – Próbowałam jakoś zrobi na nim wrażenie. Trudno jednak poznać jak idzie kiedy rozmawia się z kimś kto wiecznie się uśmiecha.
-Widzę, że znasz się na kosmosie? Tak więc nie wiesz, czy z Marsa dodzwonię się na Wenus?
-Wybacz ale kompletnie nie rozumiem o czym gadasz. – Zaśmiałam się.
-Nieważne. – Wyciągnął z kieszeni niewielką karteczkę i długopis po czym zapisał na niej jakieś cyfry. – Masz. Zadzwoń jakbyś czegoś potrzebowała. – Mrugnął.
-Ee.. dzięki? – Nie do końca wiedziałam co odpowiedzieć.
-A tak swoją drogą… nie widziałaś gdzieś Violetty? – Nie no znowu?!?! Czy Violetta musi być wszędzie gdzie postawię stopę? – Jest taka dosyć niska, brązowe włosy…
-Znam ją ale nie wiem gdzie jest. Chyba wyszła. – Powiedziałam lekko poirytowana.
-Okey, dzięki. Do zobaczenia. – Uśmiechnął się jeszcze szerzej i wyszedł z Sali. Poczułam w środku ciepło którego nigdy wcześniej nie czułam. Ale co to było?

*Violetta*

Właściwie odkąd przyszłam na bal nie było tak źle. Większość czasu tańczyłam z Tomasem ale również z innymi chłopakami ze Studia… no oprócz Leona. Unikał mnie jak ogień wody. Pierwsza godzina zleciała mi tak szybko, że czułam jakby tak naprawdę minęło dziesięć minut. Głośna muzyka znieczulała ból stóp więc miałam siły na jeszcze niejeden taniec. Trochę stresował mnie fakt iż zaraz będę musiała wyjść na scenę i śpiewać tak razem z Tomasem i Livi lecz starałam się o tym nie myśleć. Z resztą ufam Tomasowi jak nikomu innemu. W końcu nadszedł ten moment. Pablo wyszedł na scenę i wyłączył muzykę. Wziął do ręki mikrofon aby nas zapowiedzieć.
-Witam wszystkich. Z tego co widzę to wszyscy dobrze się bawią. Jestem z tego powodu bardzo zadowolony. Aby jeszcze bardziej umilić wam ten wieczór poprosiłem czterech z was aby tutaj zaśpiewali. Większość pewnie wie o kogo chodzi lecz aby nie było nieporozumień… Tomas, Violetta! Zapraszam na scenę!
-I Livi! – Powiedziałam stojąc jeszcze na parkiecie. W tym oto momencie osoba o której mówiłam stanęła obok mnie.
-Vilu ale Pablo mówił, że będziesz śpiewała ty i Tomas. Ja od początku nie byłam w to zamieszana.
-Ale... ale jak to? – To co usłyszałam mnie lekko zszokowało. Byłam pewna, że pośpiewamy sobie razem jak paczka kumpli a tu takie coś. Mimo wszystko wyszłam na scenę razem z Tomasem. Kiedy tylko z głośników dało się usłyszeć pierwsze akordy podkładu do piosenki „Verte de Lejos” Tomi chwycił mnie za dłoń i zaczął pierwszą zwrotkę. W refrenie dołączyłam do niego. Nasze głosy jak zwykle świetnie się zgrały. Zawsze gdy śpiewam z Tomasem zapominam o całym Bożym świecie. Wszystkie problemy znikają w jakiejś dalekiej, zamglonej otchłani. Piosenka nie była bardzo długa więc szybko minęła. Ostatni wers należał do mnie…
-„Nadie oucupado tu lugaaaaar” – Zaśpiewałam patrząc Tomasowi w oczy. Pojawił się tam mały błysk którego wcześniej nie widziałam. Postanowiłam nazwać go Józek. Dopiero po zejściu ze sceny zdałam sobie sprawę, że pomyliłam tekst. Gdyby była to tylko mała pomyłka… kompletnie zmieniłam sens ostatniego wersu!
-„Błagam niech się okaże, że nikt tego nie zauważył” – modliłam się w myślach. Rozejrzałam się po Sali. Nikt szczególnie zwracał na mnie uwagi więc stwierdziłam, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Nadszedł czas na moment którego się bałam. Pablo zaprosił na scenę mojego byłego i jego nową dziewczynę. Z jednej strony trochę byłam przybita tym widokiem ale z drugiej kipiała ze mnie złość i zazdrość. W końcu „zakochana para” wzięła w dłonie mikrofony i puszczono podkład do „Podemos”. Piękna piosenka. I pomyśleć, że kiedyś wydawało mi się, że jest w niej cząstka mnie. Jak ja mogłam się tak mylić? Głupia jestem i tyle. Kiedy ci już śpiewali Tomas podszedł i objął mnie ramieniem aby dodać mi otuchy. A ja? Przecież nie miałam powody, żeby go odtrącić. Był dla mnie największym wsparciem. Oparłam głowę na jego ramieniu i dalej oglądałam występ mimo iż były to dla mnie katusze. W końcu nie wytrzymałam. Leon i Lara przez cały czas patrzyli na siebie, trzymali za ręce i przytulali. Tak Jakby robili to celowo aby mi dokuczyć. Wyplątałam się z odjęć Tomasa i szybkim krokiem wyszłam ze Studia. Zdenerwowana usiadłam na ławce. Helios już nie otaczał ziemi swoim blaskiem. Panował mrok. Jedyne światło dochodził z wnętrz Studia i lamp parkowych. Sama już nie wiedziałam co robić. Żeby przypadkiem nie było za dobrze z nieba chlusnął deszcz. Pojawił się jakby z nikąd. Na mojej twarzy wymalowało się zgaszenie. Nie minęło dziesięć sekund i wstałam już prawie cała przemoczona. Dawno nie było takiej strasznej ulewy. Ostatnio chyba kiedy… nie jednak nie pamiętam. Na bal nie chciałam wracać. Postanowiłam wrócić do domu. Podwinęłam troszkę suknie aby jej nie zabłocić i rozpoczęłam swój bieg. Szczęście naprawdę mi nie dopisywało ponieważ biegnąć przez park poślizgnęłam się i upadłam. Moja pierwsza myśl po poślizgu brzmiała „No nie! Nie dość, że upadnę i będzie boleć to jeszcze ubrudzę sobie sukienkę!”. Jednakże po upadku nie odczuwałam bólu. Otworzyłam moje zaciśnięte jak do tej pory oczy i ujrzałam nad sobą twarz Tomasa. Rozejrzałam się wokoło. Najwyraźniej złapał mnie tuż przed kolizją z
błotem. Tak jak wtedy kiedy… spotkaliśmy się… po raz pierwszy. Spojrzałam na niego. Nic nie mówiłam. Byłam w zbyt dużym szoku. On też nie wydał z siebie żadnego dźwięku. Powoli zaczął zbliżać swoją twarz ku mojej. Był coraz bliżej i bliżej. Zetknęły się nasze czoła, nosy a w końcu.. usta. Tomas namiętnie pocałował mnie a ja po chwili dezorientacji zaczęłam oddawać pocałunki. W końcu zorientowałam się, że nadal leże na kolanach Tomasa tuż przy ziemi. Ostrożnie odsunęłam się i wstałam. Prawie doszłoby do kolejnego spotkania z glebą gdyby nie to, że Tomas szybkim ruchem chwycił moją dłoń i pomógł wstać.
-Dzięki. – Wydukałam wbijając wzrok w ziemię. Dopiero wtedy zdałam sobie sprawę z tego co właśnie się wydarzyło. Tomas chyba odczuł moje zmieszanie.
-Vilu… przepraszam. Nie chciałem tego… znaczy… właściwie to chciałem ale nie chciałem, żeby to tak wyszło. Wiem, zawiodłaś się na mnie ale ja już tak dalej nie mogę. Nie potrafię bez ciebie żyć! – Powiedział mi prosto w twarz. Jego słowa z jednej strony zdziwiły mnie mimo iż wiedziałam o tym, a z drugiej rozumiałam go. Aby mu przerwać wtuliłam się w jego ramiona. Staliśmy tak w deszczu przez kilka sekund… minut… a może i więcej. Straciłam poczucie czasu. Liczyło się tylko tu i teraz. Dawno się tak nie czułam. Taka błogość i wewnętrzny spokój. Leon zapewniał mi to… przez jakiś czas. Później oddalał się coraz bardziej aż w końcu mnie zostawił. A Tomas? Tomas zawsze przy mnie był. Na dobre i na złe. Przestaję rozumieć siebie. Dlaczego go zwodziłam? Skoro go kocham a on mnie nic nie szkodzi nam na przeszkodzie do szczęścia.
-Kocham cię. – Wyszeptałam.
-Ja ciebie też. Przecież wiesz…
-Wiem. I to ja cię przepraszam. To wszystko co się stało to moja wina. Nie chciałam żebyś się przeze mnie źle czuł. Wybacz mi… proszę…
-Nie mam czego ci wybaczać. – Objął moje dłonie po czym je ucałował. – To co? Wracamy moja księżniczko? – Uśmiechnął się zawadiacko.
-Chciałabym ale sam spójrz… - Wskazałam na suknię. Była cała ubłocona i mokra.
-Więc zróbmy inaczej. Odprowadzę cię do domu, przebierzesz się i wrócimy. Może być?
-Nie, to chyba nie wypali. Robi się późno. I tak za chwilę musiałabym wracać. Chociaż ten pomysł z odprowadzeniem jest okey. – Zaśmiałam się.
-To lepiej chodźmy bo jakbyś nie zauważyła to cały czas po nas leje. – Prawda. Wcześniej tego nie zauważyłam. Biegiem udaliśmy się do najbliższego przystanku. W końcu na takim deszczu nie wypadało biec pieszo. Autobus pojawił się całkiem szybko. W środku oprócz kierowcy była tylko jakaś starsza Pani. Na nasz widok podniosła wzrok z gazety.
-Ojeju. Cóż to się stało? – Zwróciła się do nas. Trochę mnie to zdziwiło. Zwykle nie rozmawiam z ludźmi których nie znam a ta Pani ni z owąd zagadała.
-Deszcz i… takie tam. – Odparłam krótko. Chyba bez sensu było opowiadać całą historię.
-I takie tam, powiadasz? No jak widać nie chcesz nic powiedzieć starej kobiecie. No nic. Przepraszam.
-Nic się nie stało. Nie chciałam Pani urazić.
-Nic się nie stało moje dziecko. Myślisz, że nigdy mi się to nie zdarzyło. Jeżdżę tak całymi dniami bez celu. Nie mam co robić. Moje życie już dawno straciło sens.
-Proszę tak nie mówić. – Wypalił Tomas. – Stało się coś poważnego. Możemy Pani jakoś pomóc?
-Dla mnie już dawno jest za późno. Ale z tego co widzę wy jesteście jeszcze młodzi i szczęśliwi. Obiecajcie mi tylko jedno. Obiecajcie, że już zawsze będziecie szczęśliwi i nie podacie się.
-Dlaczego mielibyśmy się poddać?
-Świat jest pełen zagadek. Niektórzy chcą wiedzieć stanowczo zbyt dużo a zagadka jest magią. Kiedy chce się tej magii pozbyć można stracić radość i sens życia. Po prostu obiecajcie. Chcę tylko tego.
-Obiecujemy. – Odparliśmy jednogłosem. Tak naprawdę obydwoje byliśmy kompletnie zmieszani zaistniałą sytuacją jednak był w tej staruszce coś intrygującego. Coś co było zagadką. Ale to co powiedziała miało sens. Najwyraźniej nie powinnam wiedzieć o niej nic więcej. Wiem tyle na ile pozwolił mi los. Nim się spostrzegliśmy byliśmy obok mojego domu. Pożegnaliśmy się z tajemniczą kobietą i wysiedliśmy. W duchu modliłam się jeszcze żeby tata nie był zły o to, że Tomi przyszedł. Kiedy weszliśmy do środka okazało się jednak, że taty nie ma!
-Ale Olgo, na pewno nie wiesz gdzie poszedł? – Drążyłam. Trochę się zmartwiłam.
-Ale skąd ja mam wiedzieć? Wyszedł kilka minut po tobie i powiedział tylko, że wróci za jakieś trzy godziny. Minęły około dwie i pół więc nie ma co się martwić. A ty lepiej idź już spać. – Dopiero wtedy zauważyła, że obok mnie przy drzwiach do kuchni stoi Tomas. – A ten kawaler co tu robi? – Zapytała szczerząc się.
-Przyszedł mnie odprowadzić.
-Oh jak miło. A teraz zmykasz, tak? – W pytaniu odniosła się do Tomasa.
-Olgita! Proszę nie zachowuj się jak tata. Tomas zostanie tylko na chwilkę. – Próbowałam przekonać gosposię.
-Wiesz Vilu, ona chyba ma rację. Już pójdę. Do jutra. – Musnął mój policzek i odszedł w stronę drzwi. Wychodząc natknął się jeszcze z Federico. Zamienili kilka zdań i rozeszli się. Po tym mój Włoski przyjaciel podszedł do mnie.
-Co się stało, że tak szybko wyszłaś? Nie wyobrażasz sobie jak Fran i Cami się o ciebie martwiły.
-To trochę długa historia. Jutro ci opowiem. – Odrzekłam i poszłam do swojego pokoju. W swoim świecie od razu upadłam na łóżko. Najchętniej zasnęłabym od razu lecz brudna sukienka nie była zbyt wygodną piżamą. Wstałam i zdjęłam z siebie odzież po czym ubrałam już normalną piżamę. Ponownie położyłam się w łóżku z zamiarem zaśnięcia lecz na mój telefon przyszedł sms. Podniosłam komórkę i odczytałam wiadomość.

„Dobranoc kochanie ;**”

Tak, to był Tomas. Zaledwie dwa słowa wywołały na mojej twarzy uśmiech. Odłożyłam telefon, przewróciłam się na drugi bok i zasnęłam.
_______________________________________________________
Mówiłam, że będzie długi i starannie napisany? Mówiłam. Mówiłam, że będzie szybko wstawiony? Niee... XD Ojtam, ojtam. Niby długo nie znaczy dobrze ale w moim przypdku jeednak tak :P
No i ten... wkońcu ten bal! :D Camila jednak zastała swojego księcia w garniturze haha xd
Jeremias zarywa do Angie... ok. Sama się boję tego pisać. No bo German podrywacz? Srsly? >.<
No i oczywiście beso Tomasetty! (wiem, że mnie nienawidzicie XD) Ja tam się jarałam pisząc to :P Ale nie bójta się. To jeszcze nie koniec Leonka :D
No i komentujcie coś bo tak niefajnie jak jest pusto :c Strzelę focha i przestanę pisać jak tak dalej będzie ;O
Ale cooo tam. Kto by tęsknił za tymi wypocinami XD See you guys <3 /Pala

sobota, 17 maja 2014

Opowiadanie cz.45


*Camila*

Już na samą myśl o balu mam ciarki. I w dodatku będzie to mój pierwszy bal z DJ’em. Trochę szkoda mi Violi. Właściwie nie wiem czemu chciała iść na imprezę w paczce a nie z Leo… a nie to jednak nieaktualne. Ale przecież Tomas ją zaprosił więc nie mam pojęcia w czym problem. Na dzisiejszych zajęciach u Pablo widziałam jak rozmawiali więc raczej się nie pokłócili. Właściwie to chyba nawet nie zwracali uwagi na Pablo. Gadali i gadali, aż w końcu przyszedł Antonio aby coś ogłosić i zaczęli słuchać.
-Jak już wiecie za kilka dni w Studiu odbędzie się bal i w związku z tym mam dla was dwie informacje. – Wszyscy uważnie wsłuchiwali się w słowa właściciela szkoły. – Po pierwsze na balu będziecie mieli okazję zaśpiewać. A dokładniej razem z Pablo wybraliśmy dwie pary. Będzie to Leon i Lara oraz Tomas i Violetta. – W sali jednak nadal była cisza. Jedynie Lara i Leon przybili sobie piątki. Violetta stała jak wryta. Widać, że nie chciała powtarzać historii która niedawno miała miejsce. Tomas też był w miarę poważny chociaż widziałam, że w duchu się cieszył. – Dobrze. A druga informacja ma związek z terminem balu. Odbędzie się on już za trzy dni! – Tym razem wszyscy ukazali swój entuzjazm. Niektórzy bili brawa, wiwatowali, a niektóre dziewczyny zamartwiały się, że nie zdążą kupić sukienki. W końcu to prawdziwy bal. Po swoich ogłoszeniach Antonio wyszedł a Pablo kontynuował lekcje chociaż było to prawie niemożliwe bo mimo starań nikt nie mógł się uspokoić. W końcu zadzwonił dzwonek i wyszliśmy z klasy. Postanowiłam nie kryć swojego entuzjazmu przed DJ’em.
-Jestem strasznie podekscytowana tym balem. Wyobraź sobie tylko. Ty i ja. W dużej Sali balowej tańczący walca. Czyż to nie romantyczne?
-Cami…
-No co ja głupia pytam? To przecież oczywiste, że tak. Uwierz mi będzie świetnie. Tylko musimy wybrać dla ciebie garnitur i dla mnie suknie bo… - Chłopak zamknął mi usta.
-Cami proszę wysłuchaj mnie chociaż raz! – Zdjął rękę z mojej twarzy. Widząc moją dezorientację zaczął mówić. – Ja nie mogę iść na ten bal…
-Że co? Czemu? – To było w tamtym momencie najgorsze co mógł powiedzieć. A ja byłam tak strasznie zadowolona. Pewnie wypadło mu coś ważnego.
-Chodzi o to, że to nie dla mnie.
-Nie rozumiem.
-Ten cały garnitur, poważne tańce włosy na żelu i w ogóle to nie mój klimat. Wybacz mi ale ja naprawdę nie dam rady.
-Ale DJ proszę.
-Wiem, że byłaś taka szczęśliwa na ten bal i w ogóle ale ja nie potrafiłem ci tego powiedzieć. Chciałbym z tobą iść ale… sama wiesz…
-Proszę nie rób mi tego. To przecież miał być nasz dzień…
-Wiem Cami. Ale mimo wszystko pamiętaj, że cię kocham. Przepraszam. – Ucałował mój policzek i wyszedł ze Studia. Czyli jednak na bal pójdę z Violą. No cóż. Niech będzie…

*Violetta*

Na wiadomość o tym, że będę znowu śpiewać z Tomasem zamarłam. Co więcej – znowu będę musiała oglądać Leon i Larę razem. Z Tomasem świetnie się dogaduję ale mimo to jakoś dobry humor nie był mi po tym dany. Na przerwie po zajęciach zaczepił mnie Tomas. Jak zwykle od razu wiedział co chodzi mi po głowie.
-Nie przejmuj się Vilu. To tylko jedna piosenka. Zaśpiewamy i po wszystkim.
-W tym nawet nie ma problemu ale…
-Leon i Lara? Tak?
-Tak. – Przytaknęłam. Dlaczego miałam go oszukiwać. Miał prawo wiedzieć. To przecież mój przyjaciel.
-Trochę ciężkie co? Pomyśl jak ja się musiałem czuć kiedy byłaś z Leonem…
-Jeśli to ma być pocieszenie to ci nie wychodzi. – Odwróciłam się aby iść w stronę drzwi. Tomas jednak zatrzymał mnie i objął moją twarz swoimi ciepłymi dłońmi.
-Przepraszam. Nie chciałem tego powiedzieć. Chodziło mi o to, że wiem co czujesz i chcę cię wspierać. Mimo wszystko ja cię nadal kocham i czasami trudno mi się powstrzymać żeby powiedzieć ci jak bardzo jesteś dla mnie ważna. – Zamurowało mnie. Ona nadal mnie kochał? Stałam się mieszanką wybuchową uczuć. Nie wiedziałam co odpowiedzieć. Moje usta były jakby zaszyte niewidzialną nicią. Jedyne co robiłam to patrzyłam w jego piękne niebieskie oczy. Piękną chwile przerwało jednak coś co dotknęło mojego ramienia. A raczej nie coś a ktoś. Była to Cami. Gwałtownie odwróciłam wzrok w kierunku rudowłosej. Oparła swoją głowę na moim barku i miała jakieś zamyślone spojrzenie.
-Camila? Wszystko gra? – Spytałam przyjaciółki. Jej zachowanie było martwiące.
-Tak, tak. Wszystko po prostu idealnie. – Powiedziała bez jakichkolwiek emocji. Wręcz jakby umierała.
-Ale jesteś pewna? Jakoś nie wyglądasz na szczęśliwą z tego powodu. – Dopytywałam.
-Oj Viola. Teraz mam ci tłumaczyć co to sarkazm? DJ… - Nie dokończyła. Tej jej zagadki mnie wykańczały. Nawet Tomas patrzył na nią jak na Ufo.
-No co DJ? Wysławiaj się konkretniej.
-DJ powiedział, że nie pójdzie ze mną na bal rozumiesz? Stwierdził, że to „nie jego klimaty”! Przecież je moim chłopakiem powinien ze mną iść a nie…!
-Camila spokojniej. – Zareagował Tomas.
-Sam bądź spokojniejszy! – Krzyknęła Cami. – Wszyscy faceci są tacy sami. No przyznaj się! Ty też chcesz w ostatniej chwili zostawić Violę tak? Przyznawaj się kłamco! – Tomas miał oczy niczym postaci z anime. W ogóle nie wiedział o co chodzi. Nawet mnie przeraziło to co wygadywała.
-Cami proszę. Ludzie się patrzą. Przecież możesz iść z nami. Już wczoraj ci mówiłam.
-No chyba raczej tylko z tobą. Mówię ci on zrobi to samo.
-Niby dlaczego miałbym nie iść? Bardzo się cieszę na ten bal. – Szatyn w końcu wydusił z siebie jakieś słowa.
-Ehh… przepraszam Tomas. To przez nerwy. Strasznie się cieszyłam, że pójdę z DJ’em a tu klops.
-Nic się nie stało. – Odparł.
-Nie przejmuj się. Pójdziesz z nami i będziesz się dobrze bawić, ok? – Tym razem zapytałam ja.
-Niech będzie. Fajnie, że mogę na was liczyć. Violu pójdziesz ze mną do szatni?
-Tak jasne. Już idę. Pa Tomas. – Wydukałam i poszłam do szatni z przyjaciółką zostawiając szatyna na korytarzu. Trochę wstyd było mi zostawiać go tak samego po tym co powiedział ale tak będzie lepiej. Bałam się kontynuować tamtą konwersację.

*Angie*

Musiałam pogadać z Pablo o tym całym balu. Zostało jeszcze kilka spraw organizacyjnych. Podeszłam do drzwi do jego gabinetu i lekko zapukałam. Jednak nie usłyszałam odpowiedzi. Zapukałam jeszcze raz trochę bardziej energicznie i nadal cisza. W końcu zdenerwowałam się i weszłam. Jednak nie zastałam tam dyrektora Studia. Postanowiłam spokojnie zaczekać na niego w środku. Pięć minut… dziesięć i w końcu drzwi się otworzyły. Nie ujrzałam w nich jednak mojego ciemnowłosego przyjaciela lecz wysokiego mężczyznę którego poznałam dzień wcześniej.
-Dzień Dobry. – Przywitałam się.
-Dzień Dobry. Widziała gdzieś Pani dyrektora?
-Wczoraj szuka Pan właściciela, teraz dyrektora chyba zaczynam się bać. – Zażartowałam. W sumie nawet nie wiem czemu. Wyglądał na dosyć sympatycznego.
-A czemuż to? Wyglądam na groźnego? – Zaśmiał się.
-Nie no gdzież? Tak tylko… - Czułam jak z sekundy na sekundę staję się coraz bardziej czerwona. Aby jakoś temu zapobiec
-Niech się tak Pani nie denerwuje. Żartowałem. – Uśmiechnął się do mnie. Miałam wrażenie, że znam już z skądś ten uśmiech.
-Nieee ja się nie denerwuję. Tylko proszę, nie „pani” bo czuję się staro.  Jestem Angie.
-Dlaczego? Jest Pani piękna. – Momentalnie podniosłam wzrok. Miałam wrażenie, że się przesłyszałam. Tym razem to chyba on się trochę zawstydził. – Emm… powiedziałem coś nie tak?
-Nie, skądże. Dziękuję.
-A tak właściwie to jestem Jeremias. – Przedstawił się.
-A ja Angie. – Odparłam.
-Wiem. Przed chwilą Pa… mówiłaś.
-A no tak. Zapomniałam. – Zaczęliśmy się śmiać. W tym momencie do pomieszczenia wszedł długo oczekiwany Pablo.
-Dzień Dobry. Pan Jeremias Castelli tak? Czekałem na Pana. Proszę tutaj rozpiska zajęć na których będzie Pan akompaniował. – Podał Jeremiasowi niebieską teczkę.
-Dobrze, dziękuję.
-Angie ty czasem nie masz teraz zajęć? – Tym razem Pablo zwrócił się do mnie.
-Tak tylko chciałam pogadać o… - Nie dane było mi jednak dokończyć bo przyjaciel szybko mi przerwał.
-Pogadasz jak nie będziesz miała zajęć. – Nie miałam pojęcia co mu odbiło. Nigdy się tak nie zachował. Mimo wszystko wyszłam z jego gabinetu i udałam się w stronę klasy. Nie zdążyłam jeszcze wejść gdy zaczepił mnie nie kto inny jak osoba z którą rozmawiałam przed pojawieniem się Pablo.
-Angie, stało się coś? Wyglądasz na jakąś zdenerwowaną.
-Nie to nic takiego. Po prostu zdziwiło mnie zachowanie Pablo. Był jakiś taki agresywny.
-Może po prostu ma złu dzień. Nie przejmuj się.
-Obyś miał rację. A tak zmieniając temat kiedy masz pierwszą lekcje? – Jeremias spojrzał na kartkę którą wcześniej wyjął z teczki.
-Eee… jakoś tak teraz. Lekcja śpiewu. – Zaśmiał się.
-Tak więc zapraszam do środka. – Uśmiechnęłam się i przepuściłam mężczyznę do klasy. Mam nadzieję, że zdołamy się zaprzyjaźnić. Zamieniłam z nim kilka zdań i jakoś go polubiłam. Obym się nie pomyliła. 
_______________________________________________________
Tyle czasu zbierałam się żeby to napisać w w końcu napisałam to w dwie godziny hahahaha xd (nie bijcie ;-;)
Taki średni chyba wyszedł. Jakoś dumna specjalnie nie jestem ale obiecuję, że kolejny będzie długi i naiszę najlepiej jak mogę ♥ Do następnego razu :) /Pala